poniedziałek, 25 maja 2015

KOCHAM CIĘ NAD ŻYCIE ( Recenzja )

Autor: Jill Mansell
data wydania: 11 lutego 2015
liczba stron: 440 
wydawnictwo: Książnica 










Radość i smutek...Tak zostało nasze życie skonstruowane, że te dwa wspomniane elementy przeplatają się gdzieś po drodze..Raz jest nam dobrze, jesteśmy szczęśliwi i nie dopuszczamy do siebie myśli, że nasza radość może pęknąć jak bańka mydlana. Aż tu nagle za rogiem czyha cień smutku i złapie nas w swoje sidła w najmniej spodziewanym momencie. I właśnie w takie sidła wpadła niestety główna bohaterka książki autorstwa Jill Manell "Kocham cię nad życie"...

Ellie to kobieta z klasą, do tego szczęśliwie zakochana w swoim mężu. Tworzą razem zgrany duet. Nie szczędzą sobie kąśliwych, a zarazem zabawnych uwag. Można by rzec: kto się czubi ten się lubi.  
Jak nie wiele potrzeba, aby szczęście przeobraziło się w rozpacz i ból. Ból po stracie kogoś, kogo kocha się nad życie. Mąż Ellie ginie w wypadku samochodowym. Przecież kilka minut wcześniej wspólnie żartowali niczego złego nie przeczuwając. Może to pomyłka, może ktoś pomylił nazwiska...Kobieta pogrąża się w żałobie. W jaki sposób wesprzeć taką osobę? Gestem, słowem, czynem...,a może dać zwyczajnie takiej osobie spokój. Niby czas leczy rany, ale w wielu przypadkach takie leczenie może trwać latami. Na domiar złego, w każdej chwili zabliźniona już rana może ponownie się otworzyć.
Kobieta malutkimi kroczkami powoli wraca do rzeczywistości. Pomaga jej w tym teść zmarłego męża ofiarowując nowe mieszkanie. W życiu Ellie następuje całkowita zmiana, począwszy od nowego miejsca pracy, po nowe i jakże inne od dotychczasowego sąsiedztwo. Jeśli chodzi o sprawy uczuciowe, chyba jeszcze nie jest gotowa na jakiekolwiek zmiany. W tej kwestii musi być pewna, że nadszedł już ten czas...Ku jej zdziwieniu nadszedł szybciej niż się tego spodziewała. Tylko jest mały problem, mężczyzna w którym zadurzyła się Ellie jest jej szefem. Kobieta postanawia nie afiszować się ze swoimi uczuciami, ponieważ nie ma stuprocentowej pewności, że zostaną odwzajemnione...
Ellie pochłonięta pracą  nie zauważa ukradkowych spojrzeń kierowanych w jej kierunku przez mężczyznę. Zack zakochuje się w kobiecie bez pamięci, ale zważając na to, przez co przechodziła w życiu, a może w dalszym ciągu nie jest jeszcze gotowa na nową miłością postanawia stanąć z boku i czekać na odpowiedni moment...Tylko czy nie będzie za późno?...Czy tych dwoje wpadnie sobie w końcu w ramiona...?

Jak ja uwielbiam takie książki, od których zwyczajnie nie można się oderwać...Czytasz, kiedy tylko możesz, gdy tylko sytuacja pozwala. Tak właśnie było w przypadku książki Jill Mansell "Kocham cię nad życie". Co takiego ma w sobie ta książka, że podziałała na mnie jak magnez? W dużej mierze przyczyniła się do tego postać głównej bohaterki i sposób w jaki została przedstawiona na kartach powieści. Polubiłam ją już od pierwszych stron, gdy "kłóciła" się ze swoim mężem. Można było wyczuć, że bije od niej radość i szczęście. Jeden moment, jedna krótka chwila sprawiła, że słońce w życiu Ellie nagle zaszło za chmury i zapadła ciemność...Czarna i wypełniona smutkiem po stracie bliskiej osoby. Jill Mansell, w moim odczuciu, dokonała bardzo dobrego posunięcia przyspieszając tok wydarzeń. Dzięki temu czytelnik ma możliwość zobaczyć, czy tak naprawdę czas leczy rany...Nie jest łatwo zapomnieć o osobie, którą się kochało i przez którą byliśmy kochani, a tym bardziej gdy planowało się dalsze lata życia. Nie da się wymazać gumką do ścierania miłości...Cyk i już nie ma...Tak właśnie jest w przypadku Ellie, w dalszym ciągu kocha swojego zmarłego męża. Ale z drugiej strony, nie może tak dłużej żyć i funkcjonować...Czas na zmiany i to konkretne. Poznaje sąsiadkę, bardzo sympatyczną i zwariowaną Roo...Wszystko zaczyna się układać, więc nie pozostaje nic innego jak wykonać kolejny krok...Ellie otwiera drzwi do swojego serca...Gdy strzała amora odnalazła odpowiedni kierunek, a ona sama poczuła delikatne ukłucie decyduje się je zamknąć. Ellie podbiła moje czytelnicze serducho...Mimo tego przez co przeszła, stara się żyć normalnie.

Na uwagę zasługują również inni bohaterowie z książki. Są tak samo interesujący jak główna bohaterka...Teść Ellie, to starszy pan z manierami dżentelmena. Jest gwiazdą filmową dużego formatu...Razem zwalczają ból po śmierci osoby, którą oboje kochali. Ale i do niego uśmiechnie się los przygotowując bardzo miłą niespodziankę...
Roo to postać posiadająca w sobie duszę artystki. Była piosenkarka i członkini bardzo znanego zespołu...Nie traci ani chwili ze swojego życia...Czerpie z niego garściami, nie zawsze w taki sposób w jaki powinna to robić...Na szczęście doszła do wniosku że trzeba powiedzieć sobie STOP.
Zack, szef Ellie do tego bardzo atrakcyjny mężczyzna, za którym szaleją wszystkie kobiety. I jak tu się oprzeć jego urokowi...Miły, ciepły, szarmancki,...kocha psy. Po prostu ideał...I właśnie ten mężczyzna zakochuje się po uszy w kobiecie, która mu się nie narzuca...
Nie chcę za dużo zdradzać, ale powiem, że to nie koniec jeśli chodzi o książkowych bohaterów...

"Kocham cię nad życie" to pozycja z działu literatury obyczajowej. Czy coś, w książkach z tego gatunku może jeszcze zaskoczyć czytelnika...Przecież już wszystko było. No dobrze, w tym przypadku również mamy do czynienia z wątkiem rodzącego się  uczucia, ale zaraz obok pojawia się temat śmierci oraz obraz przedstawiający walkę z tęsknotą i rozpaczą.
Książka wzrusza, ale także sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech...Nie jest łatwo połączyć ze sobą te dwa aspekty. Jill Mansell zrobiła to w sposób fantastyczny...Do tego te zbiegi okoliczności, które stworzy fajny klimacik...
Całość przeczytałam lotem błyskawicy. "Kocham cię nad życie" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Mansell i już teraz mogę powiedzieć, że na pewno nie ostatnie...

POLECAM
MOJA OCENA 9/10

Za egzemplarz książki dziękuję portalowi: 






wtorek, 19 maja 2015

BIBLIOTEKA BENEDYKTYŃSKA W ADMONT ( AUSTRIA )

Zaniedbałam troszkę cykl najpiękniejszych bibliotek, ale już wracam. A jak wracać to w wielkim stylu...Benedyktyńska biblioteka w Admont to prawdziwe architektoniczne cudeńko wśród bibliotek. Każdy kto wejdzie do tego książkowego raju, przeniesie się w czasie...Głównym projektantem biblioteki był Josef Hueber. Miłośnik sztuki i malarstwa z okresu oświecenia...
Olbrzymia przestrzeń ( 70 m dł., 14 m sz., i 12 m wys. ) oraz różnobarwność, która zachwyca...Całość składa się z siedmiu kopuł. Ściany zdobią wspaniałe freski autorstwa Bartolomeo Altomonte, tematycznie związane ze sztuką, religią i nauką. Promienie słoneczne, dostają się do wnętrza przez okna w liczbie 60, z czego 12 jest niewidocznych dla ludzkiego oka...
Książki zostały wyeksponowane na białych oraz złotych regałach. W sumie na miłośników literatury czeka ok 70 tysięcy woluminów. Warto wspomnieć, że biblioteka może się poszczycić książkami, które mają ponad 400 lat. O takie skarby trzeba wyjątkowo dbać, więc zostały zamknięte w specjalnych warunkach.
Biblioteka Benedyktyńska powstała w 1776 roku i może się pochwalić mianem "ósmego cudu świata". 

źródło: internet
źródło: internet 
źródło: internet 
źródło: internet

Informacje do wpisu zostały zaczerpnięte ze strony: www.podroze.onet.pl

niedziela, 17 maja 2015

DZIECKO EMMY ( Recenzja )

Autor: Abbie Taylor
data wydania: 7 listopada 2011
liczba stron: 320
wydawnictwo: Amber











Siedzisz sobie wieczorem wygodnie w fotelu i oglądasz wiadomości. Nagle z głośników telewizora wydobywa się głos kobiety z dramatycznym apelem: Pomóżcie odnaleźć moje dziecko, które zostało porwane bo nikt mi nie wierzy, że jestem jego biologiczną matką!!!. Nagle w twojej głowie pojawia się pewna myśl: co ja bym zrobiła gdyby, coś takiego przytrafiło się mnie i mojemu dziecku...Abbie Taylor opisała taką historię w swojej książce zatytułowanej "Dziecko Emmy"...

Emma, młoda matka samotnie wychowująca 13-miesięcznego synka. Wychowywanie i opieka nad dzieckiem to odpowiedzialne zajęcie, tym bardziej gdy nie można liczyć na wsparcie ojca dziecka oraz rodziny. Któregoś dnia, trzymając w dłoniach torby z zakupami, do tego jeszcze ciężki wózek z ledwością próbuje wdrapać się po schodach do wagonu metra. Nagle słysząc dźwięk zamykanych drzwi, spostrzega ,że jej synek został sam za zamkniętymi już drzwiami, a za lada moment pociąg ruszy. Co robić !! Na szczęście w oknie wagonu pojawia się tajemnicza kobieta, która postanawia pomóc zrozpaczonej matce i za pomocą gestów informuje Emme, że wysiądzie z jej synkiem na następnej stacji...I tak też zrobiła...Kobieta poczuła ulgę gdy ujrzała nieznajomą oraz swojego syna. Całego i zdrowego. Będąc jeszcze w psychicznym szoku, przyjmuje zaproszenie na kawę od nowo poznanej kobiety...Niczego nie przeczuwając zostawia ich na moment samych...Wracając z toalety zauważa, że przy stoliku nikogo nie ma...Na pewno czekają na nią gdzieś w pobliżu...Niestety nikt nie czekał...Kobieta wraz z jej jedynym dzieckiem zniknęli...

Co czuje w takiej chwili matka? W jednej sekundzie życie rozpada się na drobne kawałeczki...Może to mi się zwyczajnie śni, taki senny koszmar, ale z czasem Emma zrozumiała, że to wszystko dzieje się naprawdę. Niewyobrażalny ból, strach oraz...poczucie winy. Gdybym była dobrą matką, nigdy coś takiego nie miałoby miejsca. Zrozpaczona kobieta rozpoczyna poszukiwania własnego dziecka...Niestety nie może liczyć na pomoc rodziny, oraz przyjaciół. A co najgorsze, nawet policji. Policjanci traktują Emmę jak chorą psychiczne, która wszystko sobie uroiła. Jako dowód posłużyły słowa lekarki, która twierdzi, że matka dziecka mogła mu zrobić krzywdę. Przecież w chwili załamania nerwowego można powiedzieć wszystko, co nie znaczy, że przejdzie się potem do czynu. W przypadku kobiety samotnie wychowującej dziecko, która nie może liczyć na wsparcie najbliższych takich chwil może być bez liku. Takim osobom po prostu należy się pomoc...

Na szczęście przypadkowo poznany mężczyzna, który odnalazł jej torebkę staje się ostoją w tym trudnym dla Emmy czasie. Rafe Townsend to jedyna osoba, która wierzy w każde słowo wypowiadane przez kobietę. Ku jej zaskoczeniu, oferuje swoją pomoc w odnalezieniu dziecka. Wspólnie wyruszają w poszukiwawczą drogę, wykorzystując informacje, które udało im się zdobyć oraz te, obok których obojętnie przeszły organy ścigania...

Bierzesz w dłoń książkę i zaczynasz ją czytać. Po kilku minutach wyczuwasz miłe mrowienie, które przeszywa całe twoje ciało...Zostałeś połączony/a z książką za pomocą niewidzialnych i bardzo cieniutkich kabelków, które zawierają w sobie tzw. "literacki prąd". Tylko trzeba zaznaczyć, że nie każda książka zawiera w sobie takie kabelki..."Dziecko Emmy" to pozycja, która została w nie wyposażona. Mogę Ci obiecać, że od początku do samego końca będziesz w skupieniu...i pod napięciem śledził losy Emmy.
Jeden dzień, który zostanie w pamięci głównej bohaterki na długie lata. To co w tym czasie przeżyła jest czymś strasznym. Niepokój oraz niewiedza co dzieje się z jej dzieckiem. Czy nic mu nie dolega, czy w ogóle żyje. A potem jedna, wielka poszukiwawcza walka. Autorka pisząc to wszystko, zapożyczyła z prawdziwego życia wiele elementów. Postać Emmy została przedstawiona w sposób bardzo realistyczny...Życie samotnej matki to nie sielanka. Są instytucje, które pomagają takim kobietom, ale w wielu przypadkach jest to pomoc jednorazowa. Zdarzają się takie momenty, gdy taka matka przechodzi kryzys. Szok poporodowy ma też w tym spore znaczenie. W takiej sytuacji bliskość drugiej osoby jest bardzo potrzebna, co zrobić gdy takiej osoby przy naszym boku nie ma? Taki problem dosięgnął Emme. Do tego dochodzą wyrzuty sumienia, nieporadność, oraz wstręt do własnego odbicia w lustrze...Gdzie w tym wszystkim podziała się  miłość do dziecka? Jest i to w bardzo dużych ilościach...
Wspomniane napięcie jest stopniowane kartka po kartce, strona po stronie...Możecie być spokojni, do zwarcia nie dojdzie. Wręcz przeciwnie. Ciekawym posunięcie, zastosowanym przez autorkę było wplecenie w główną treść książki fragmentów opisujących życie Emmy przed narodzeniem dziecka i tuż po. Kończąc na dniu porwania. Dzięki temu, czytelnik będzie miał okazję lepiej poznać i w głębić się w psychikę kobiety.
I właśnie postać Emmy jest główną zaletą książki Abbie Taylor.

"Dziecko Emmy" to wzruszająca historia, a zarazem obraz trudnej macierzyńskiej miłości z perspektywy kobiety wychowującej samotnie dziecko. A jak wiemy, matka dla własnego dziecka zrobi wszystko, narażając własne życie. I nie ważne, że początki były trudne. Wszystko to znika, liczy się tylko to, co teraz...

Na koniec zadam Wam jedno króciutkie pytanie ? Chcecie się podłączyć pod "literackie kabelki" ? TAK lub NIE..Wybór należy do Ciebie...

POLECAM 
MOJA OCENA 10/10

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: 


czwartek, 14 maja 2015

ZDRADA NA TRZY GŁOSY ( Recenzja )

Autor: Tess Stimson
data wydania: 2007 (data przybliżona)
liczba stron: 304
wydawnictwo: Amber











Na temat zdrady chyba już nic nowego nie da się powiedzieć, ani napisać...Tak mi się bynajmniej wydawało. "Zdrada na trzy głosy". Pierwsze skojarzenie: tytuł musicalu lub sztuki teatralnej. Nic bardziej mylnego, chociaż byłoby to interesujące posunięcie...Trzy osoby, trzy głosy. W rolę dyrygenta wcieliłaby się tytułowa Zdrada, która kierowałaby poczynaniami całej trójki...I właśnie takie poczynania postanowiła przelać na papier Tess Stimson...W wyniku czego powstała książka pod bardzo intrygującym tytułem...

Nicholas Lyon to czterdziestotrzyletni prawnik specjalizujący się w sprawach rozwodowych. Od 10 lat jest mężem Malinche oraz ojcem Sophie, Evie i Metheny. Razem tworzą szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Praca w roli prawnika, jest ciężka i stresująca. Tym bardziej gdy ma się do czynienia z klientami, którzy lada dzień przestaną być dla siebie mężem i żoną...Mężczyzna wielokrotnie podkreśla, że kocha swoją szaloną żonę, a zarazem autorkę książek kulinarnych. Swoje córeczki traktuje jak najcenniejszy skarb. Z tego też powodu, nie dopuszcza do siebie myśli, że kiedyś On usiądzie po drugiej stronie biurka...

Niestety taka pewność, może czasami nas zgubić...Tak właśnie się dzieje w przypadku Nicholasa...
W kancelarii, w której pracuje mężczyzna pojawia się nowa pracownica. 25-letnia i bardzo atrakcyjna Pani prawnik o imieniu Sara. No tak, idąc na rozmową o pracę liczy się przede wszystkim pierwsze wrażenie...W tym przypadku chyba się troszkę przeliczyło. Sara, to kobieta, która należy do grupy kobiet wiedzących czego chcą od życia i twardo stąpających po ziemi. Pewne są swojej atrakcyjności i nie zawahają się jej użyć...Nie przeszkadza jej nawet to, że mężczyzna, którego chce uwieść ma własną rodzinę...
I co teraz? Uciekać czy brnąć w ten chory związek...Przed takim dylematem stanął Nicholas...Niestety uczucie, a raczej fascynacja do nowo poznanej kobiety wzięła górę nad rozsądkiem...No, ale przecież kocha swoją żonę. Gdzie jest w tym wszystkim normalność...

Jaką wagę ma przysięga małżeńska?  Bardzo dużą. A jak wiadomo, przysięga bez wyjątku jaka, jest czymś bardzo ważnym, i nie wolno jej złamać...Przysięgamy sobie różne rzeczy i staramy się tej obietnicy dotrzymać, więc dlaczego z tym rodzajem przysięgi jest inaczej...Będą z Tobą na dobre i na złe...Nie są to przecież zwyczajne słowa...
"Zdrada na trzy głosy" to pierwsza książka autorstwa Tess Stimson, którą miałam przyjemność czytać. Zdrada, krótkie słowo, a wzbudza tyle emocji. Na czym ona polega, chyba każdy wie...Ale co czuje osoba zdradzana, ta która zdradza, oraz winny/a tej zdrady to już inna sprawa. I właśnie na tych odczuciach skupiła się autorka książki. Niejednokrotnie spotykałam się w książkach z wątkiem zdrady, ale jeszcze nie miałam do czynienia z tego typu charakterystyką książkowych bohaterów. Tess Simspon dokonała dogłębnej psychoanalizy całej trójki...

Nie wiem, może dlatego, że jestem kobietą nie mam żadnego usprawiedliwienia dla Nicholasa...Mężczyzna, nie zdradza od tak sobie żony, którą kocha...Czyżby syndrom wieku średniego? Młoda, atrakcyjna kobieta, nagle jest zainteresowana dojrzałym mężczyzną. Czterdziestotrzyletni prawnik nie potrafi ulec takiej pokusie. A jak wiemy, to co zakazane lepiej smakuje...
Sara, co można jeszcze o tej kobiecie powiedzieć...Jest dorosła, więc chyba wie co robi...Potajemne spotkania z Nicholasem są dla niej niczym zobowiązującym. Przecież polegają tylko na cielesnej przyjemności, nic więcej...
Co robi w tym czasie Malinche. Zajmuje się domem i wychowuje dzieci...

Zwyczajny trójkąt, ale przedstawiony w bardzo interesujący sposób. Duży wpływ ma na to sposób prowadzenia narracji. Każdy z bohaterów otrzymał prawo do głosu i może wyrazić to co czuje w danym momencie. Co za tym idzie, czytelnik będzie mógł poznać osobowość każdego z osobna...
Warto również wspomnieć o bohaterach drugoplanowych. Wgłębiając się w całą tę historię okazuje się, że mieli oni duży wpływ na poczynania Malinche, Nicholasa i Sary. Kit - gej, a zarazem  przyjaciel Malinche, za którym nie przepada Nicholas. Trace - były narzeczony kobiety, oraz wierna i oddana Amy, przyjaciółka Sary...

Na koniec mogę stwierdzić jedno. "Zdrada na trzy głosy" to bardzo ciekawa i wciągająca książka...Tess Simson spisała się na medal. Mimo trudnego tematu, jakim jest zdrada, nie zabrakło w niej poczucia humoru i szczypty ironii. Co jeszcze bardziej dodało smaczku książce...No może opisy scen łóżkowych były troszkę, lekko mówiąc za gorące...Ale spokojnie do tych z książki z 50 w tytule im daleko. Z drugiej strony, można uznać je jako kolejny pozytyw. Zostały przedstawione w sposób bardzo realistyczny....
Jeśli chodzi o zakończenie...Nic nie powiem. Niech będzie to zachęta, aby sięgnąć po "Zdradę na trzy głosy" bo naprawdę warto...

POLECAM
MOJA OCENA 8/10 

piątek, 8 maja 2015

FOTOGRAFUJĄC KSIĄŻKI... cz. VII

Niebieski i żółty. To dwa kolory, które fajnie ze sobą współgrają. Tym o to sposobem postanowiłam wykorzystać kwitnące pola rzepaku, błękit nieba oraz okładki książki "Pierwsza na liście" autorstwa Magdaleny Witkiewicz...:-) 






poniedziałek, 4 maja 2015

TAM, GDZIE NIE SIĘGA JUŻ CIEŃ ( Recenzja )

Autor: Hanna Kowalewska 
data wydania: 22 kwietnia 2015
liczba stron: 450
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 










Osoby, które w swoim życiu skrywały w sobie gdzieś głęboko jakąś tajemnicę proszę o podniesienie prawej ręki..Las rąk to nie jest, ale taki mały zagajniczek owszem. A teraz poproszę o podniesieni lewej ręki, osoby, które w danym momencie ukrywają jakiś sekrecik...No proszę...Tak naprawdę to nie ma chyba takiej osoby, która nigdy nie miała przed kimś tajemnicy. Obojętnie jakiej wielkości. Trudno zrozumieć dlaczego tak się dzieje, może zwyczajnie boimy się mówić prawdę, czujemy przed nią strach. Dlaczego tak jest...? Właśnie na te i inne pytania próbowała odpowiedzieć Hanna Kowalewska pisząc swoją najnowszą książkę "Tam, gdzie nie sięga już cień"...

- "Dlaczego ten pokój jest zamknięty? I cały dom?
- Ty mnie o to nie pytaj. Ja tam nie dochodzę takich rzeczy. Gdybym dochodziła, tobym dawno z dzieckiem kamienie jadła.
- Głupie tajemnice. " ( s. 139 )

Krótki dialog, ale sprawia, że warto się nad nim zastanowić. Tajemnice są głupie. Po co w ogóle powstały. Czy świat bez nich nie byłby o wiele prostszy? I właśnie po świecie tajemnic przyszło stąpać głównej bohaterce książki.
Jeden  telegram od umierającej ciotki sprawił, że Inka po dziesięcioletniej nieobecności wróciła do Jantarni. "Wróciła" to może za dużo powiedziane, została zmuszona do przyjazdu bo przecież nie po to wyjechała, żeby teraz wracać...Na pozór wiedzie szczęśliwe życie, pracuje w galerii. Tylko niestety są to pozory. Na chwilę obecną w jej głowie kotłują się myśli. Są to myśli związane z przeszłością o której chciałaby jak najszybciej zapomnieć. Tylko, żeby to było takie proste do wykonania...Opuściła Jantarnię będąc jeszcze nastolatką. Czyniąc to zerwała wszelakie kontakty z rodziną oraz znajomymi. To była jej decyzja. Musiała mieć konkretny powód, bo nie każdego stać na wykonanie takiego kroku....A teraz wraca tam z skąd uciekła pozostawiając po sobie tylko swój cień...
Powrót po tak długiej nieobecności w rodzinnym domu nie jest dla niej łatwy. Tym bardziej gdy odczuwa, że nie jest przez mieszkańców wakacyjnego kurortu mile widziana...Wszyscy traktują ją z niechęcią. I to jest jedno z łagodniejszych określeń...Jej przyjazd stał się główną atrakcją, plotkary mają teraz pole do popisu...

Co tak naprawdę się wydarzyło, że młoda dziewczyna nagle opuszcza swój dom. Zamyka za sobą wszystkie drzwi bez możliwości ich otworzenia...Zabarykadowała się przed najbliższymi i rodziną...Dlaczego dopiero wiadomość od ciotki sprawia, że odważyła się wyruszyć w podróż do Jantarni...

Tajemnica goni tajemnicę...Czytając książkę czułam się tak, jakbym uczestniczyła  w szalonym tajemniczym maratonie w trakcie którego dzieje się bardzo wiele. Hanna Kowalewska to kolejna polska mistrzyni budowania literackiego napięcia. A do tego maluje słowem. Stworzone przez nią obrazy książkowych bohaterów, a jest ich spora grupka sprawiły, że czytało mi się książkę z lekkością i niespotykaną swobodą. I właśnie liczba bohaterów, może troszkę czytelnika zszokować. Ale spokojnie, każdy został przedstawiony w indywidualny sposób. Począwszy od cech charakteru po wygląd zewnętrzny.
Autorka pisząc "Tam, gdzie nie sięga już cień" zadbała o każdy szczegół, nawet ten najmniejszy. Nie skupiła się tylko na bohaterach, ale także na towarzyszącej im otoczce. Wygląd pomieszczeń, kolory ścian również zostały uwzględnione.
Ziołolecznictwo jest kolejnym bardzo ciekawym wątkiem, który został poruszony w treści książki. A postać Weroniki sprawiła, że książka stała się tajemniczo-magiczna...
Cała książka od pierwszej do ostatniej strony owiana jest tajemniczością. Plotka goni plotkę...Tylko czy znajdzie się taka osoba, która w końcu zatrzyma ten bieg...Tylko trasa takiego biegu może się coraz bardziej wydłużać. Lubimy sobie czasami poplotkować. Tylko nie zdajemy sobie sprawy z tego, że  w ten sposób możemy kogoś skrzywdzić...Tym bardziej, gdy cała ta wymyślona przez nas historyjka ciągnie się później za tą drugą osobą latami...A po drodze ktoś jeszcze coś dopowie i nie zawsze jest to prawda...Hanna Kowalewska ciekawie opisała rozwój plotki, aż po jej końcową fazę. Tylko czy taka końcowa faza istnieje...

"Tam, gdzie nie sięga już cień" to lektura, która wymaga od czytelnika skupienia i "wyłączenia się" na czas jej czytania od otaczającego nas świata. Ale, spokojnie nie dlatego, że napisana jest ciężkim językiem, wręcz przeciwnie. Warto zadbać o spokój i ciszę, a czytanie sprawi nam olbrzymią przyjemność. W przypadku tej książki jest to wręcz wskazane...

Nie będę tego przed Wami ukrywać, ale ja chcę jeszcze !!

POLECAM
MOJA OCENA 10/10 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: 



piątek, 1 maja 2015

PODSUMOWANIE KWIETNIA

źródło: internet






Wiosna w pełni, a co za tym idzie moliki książkowe wyskakują z pod swoich ciepłych jesienno-zimowych kocyków i wyruszają w plener z obowiązkowym rekwizytem jakim jest książka. A jak wiemy czytanie na łonie natury jest o wiele przyjemniejsze... Ja również wybyłam na zieloną trawkę...

Wracając do głównego tematu tego wpisu w miesiącu kwietniu miałam przyjemność przeczytać 6 książek. Słowo "przyjemność" pasuje w tym miejscu idealnie, bo czytanie całej tej szóstki było dla mnie czystą przyjemnością. Po raz pierwszy nie wymienię książki, która nie przypadła  mi się zwyczajnie do gustu, bo podobały mi się wszystkie...I teraz mam spory problem, żeby przedstawić Wam pozycję, która spowodowała we mnie wielkie czytelnicze WOW!!!. "Sekretne życie pszczół" autorstwa Sue Monk Kidd, to właśnie ta książka sprawiła, że odpłynęłam i przy okazji posmakowałam miodowej słodyczy. Zostałam zauroczona historią, która została w niej opisana...
Tak się złożyło, że w miesiącu kwietniu recenzowałam książkę kulinarną. Co można o takiej książce napisać, która zawiera tylko przepisy i zdjęcia. Nie ma w niej ani ciekawej fabuły, ani trzymającej w napięciu akcji. Nie wspominając o braku  interesujących bohaterów. Dorota Świątkowska i jest cudna książka "Moje wypieki i desery na każda okazję". Obecnie panuje kulinarny boom. Gotują już prawie wszyscy: aktorki, sportowcy, dziennikarze. W TV pojawiają się nowe programy kulinarne. Sztuka kulinarna do łatwych nie należy, więc książka popularnej blogerki jest w tym przypadku idealnym podręcznikiem. A do tego jeszcze te piękne, smakowite zdjęcia...
W moim przypadku mogę nazwać kwiecień miesiącem recenzenckich debiutów. I wiecie co, było to bardzo fascynujące. Na blogu pojawiła się moja debiutancka recenzja książki biograficznej. Jestem dumna, że akurat książką z tego gatunku była książka "Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej" autorstwa Uli Ryciak. Agnieszka Osiecka była cudowną kobietą i nadal nią jest dla wszystkich Polaków. Piosenki, do których tekst napisała  Agnieszka w dalszym ciągu cieszą się olbrzymią popularnością. 

Podsumowując w czwartym miesiącu 2015 roku przeczytałam w sumie 2879 stron. Jeśli chodzi o grubość to pobiłam swój dotychczasowy rekord i nie wiem czy uda mi się go jeszcze poprawić. Najgrubszą książką była "Dziewczyna, która sięgnęła nieba" licząca sobie aż 823 strony. Natomiast pozycją, która miała  w sobie najmniejszą liczbę stron była "Duff. Ta brzydka i gruba" - 336.
Kończąc moje kolejne miesięczne podsumowanie życzę sobie oraz Wam moi kochani maniacy książek, takich czytelniczych miesięcy, które będą obfitować w same cudowne książki i nie będziecie musieli wspominać o tej, która nie skradła waszego czytelniczego serducha...:-).