wtorek, 25 lipca 2017

MŁYN NAD CZARNYM POTOKIEM ( Recenzja )

Autor: Anna J. Szepielak
data wydania: 11 września 2013
liczba stron: 528
wydawnictwo: Nasza Księgarnia












Książkę "Młyn nad Czarnym Potokiem" przeczytałam jakiś czas temu i troszkę tego żałuję. Teraz idealnie wpasowałaby się w urlopowy klimat, z którym mamy obecnie do czynienia. Patrząc na okładkowe słoneczniki i kiszone ogórki w słoiku od razu przychodzą nam na myśli wakacje spędzone na wsi. Sielski klimat na wyciągnięcie ręki. 

Marta, trzydziestoletnia kobieta. Matka Uli i żona Adama. Z zawodu pani konserwator zabytków. Jednak
w chwili obecnej spełnia się jako tzw. house manager. Czyli w skrócie zajmuje się domem i wychowaniem córki. Kocha swoją rodzinę i może dla niej prać, sprzątać i gotować, ale z drugiej strony tęskni za swoją pracą, która zeszła na bok. Brakuje jej tego i to bardzo. Jedyną osobą, która przynosi wypłatę do domu jest jej mąż. Mężczyzna oddał całego siebie wykopaliskom i chyba niestety aż za bardzo. Kobieta nie może liczyć na jakąkolwiek pomoc jeśli chodzi o prace domowe. Wszystko jest na jej głowie. Do tego dochodzą bardzo częste infekcje u małej Uli. Na dłuższą chwilę nie da się tego wytrzymać. Oliwy do ognia dolewa informacja jaką ma dla niej Adam. Dostał intratną propozycję pracy za granicą i ma zamiar ją przyjąć. Robi to dla dobra swojej rodziny. W końcu poprawi się ich sytuacja finansowa. Marta jest temu przeciwna, przecież pieniądze to nie wszystko. O wszystkim opowiada Grażynie, swojej młodszej siostrze. Jak dobrze, że może na nią liczyć w każdym momencie. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że i ona ma swoje życie. Tym bardziej jest jej wdzięczna za wszelką udzieloną pomoc. To za jej namową postanawia zostawić warszawski zgiełk. Pakuje walizki i wyjeżdża z Ulą w rodzinne strony. Świeże powietrze może świetnie wpłynąć na samopoczucie dziewczynki, a ona przy okazji pomoże w organizacji wizyty gości z Ameryki. Na miejscu wpada w wir przygotowań. 
Niespodziewanie w trakcie pobytu odkrywa pewną rodzinną tajemnicę...

"Młyn nad Czarnym Potokiem" nie należy do książek z grupy tych cieniutkich. Jeden wieczór i koniec. Tutaj mamy do czynienia z dość obszerną historią. Ucieszona tym faktem, bo przyjemność z czytania będzie dłuższa rozpoczęłam swoją przygodę z powieścią o jakże miłym tytule. No i ta okładka. Nie powiem, ale lubię czasami wgłębić się w lekką i przyjemną opowiastkę. Tak dla odprężenia. I właśnie ta książka taka jest. Lekka i przyjemna. Poznajemy kobietę, która zajmuje się domem, a mąż zarabia na ten dom. Tak wygląda niejedna polska rodzina. Tylko czy musi to tak wyglądać? My, kobiety też chcemy się spełniać zawodowo. Tym bardziej gdy zdobyte przed laty wykształcenie nam na to pozwala. Wiadomo, że dom i dzieci zawsze stawiamy na pierwszym miejscu, ale niepodlewany kwiat z czasem więdnie. Nasza główna bohaterka właśnie jest takim kwiatem. Co niektóre z nas z pewnością powiedzą: kobito weź się w garść i skończ z tym użalaniem się nad sobą. Grażyna, jej młodsza siostra mogłaby się z nią podzielić energią jaką miała w sobie. Marta zmęczona po ciężkim dniu siada przed ekran komputera i pisze. Wpisami na swoim blogu dzieli się z innymi kobietami swoimi problemami. Nie wiem, ale wydaje mi się, że lepiej by było jakby porozmawiała o nich w cztery oczy ze swoim mężem. Brakowało mi tego w książce. Takiego tupnięcia obcasem o podłogę. Chociaż wyjazd może i takim był, ale cichutkim. 
Adam, nas kochany mąż i ojciec. Co by tu o nim powiedzieć. Archeolog z powołania. Każdą chwilę spędza w towarzystwie łopaty, albo pogłębia swoją wiedzę czytając naukową literaturę. Taka jest jego praca, ale chyba to rodzina powinna być najważniejsza. Przynosi wypłatę to chyba o nią dba, więc czego można od niego chcieć? Oj, działał mi na nerwy ten pan i to bardzo. 

Całość trafiła w mój gust. Tak jak wspomniałam wcześniej książka pani Szepielak jest idealną propozycją na lato. Jeśli chcesz zrelaksować się czytając na leżaku to historia Marty będzie strzałem w dziesiątkę. A może po skończonej lekturze skorzystasz z któregoś z przepisów kulinarnych, które wplecione zostały w główną treść. Są taką małą wisienką na torcie. 

POLECAM
MOJA OCENA 7/10

poniedziałek, 24 lipca 2017

MOST PRZEZNACZENIA ( Recenzja )

Autor: Francine Rivers
data wydania: lipiec 2014
liczba stron: 610
wydawnictwo: Szaron












"Most przeznaczenia" to mój czytelniczy debiut jeśli chodzi o twórczość Francine Rivers, która została docenia przez magazyn New York Times. Tego typu uznanie nie otrzymuje się ot tak, więc coś o tym świadczy. Na książkę trafiłam przez przypadek w swojej bibliotece i gdy po przybyciu do domu odwiedziłam jedną ze stron w celu sprawdzenia co sądzą o niej inni miłośnicy literatura już wiedziałam, że miałam szczęście że wpadła w moje ręce. 

W trakcie jednego z nocnych spacerów po ulicach Haven pastor Ezekiel Freeman słyszy dziwne odgłosy podobne do skomlenia psa. Ciekawy skąd dobiegają dociera do mostu gdzie słychać je zdecydowanie wyraźniej. Na miejscu znajduje małe zawiniątko z  nowo narodzone dziecko. Mężczyzna podejmuje decyzję o zabraniu niemowlęcia do domu. Postępując w taki a nie inny sposób w ostatniej chwili ratuje mu życie. Gdyby nie on na pewno doszłoby do tragedii. A może ktoś czuwał nad tą małą niewinną istotką, którą ktoś porzucił? Nie wiadomo kto dopuścił się tak karygodnego czynu. Z drugiej też strony nie można kogoś pochopnie osądzać. W tym momencie nie jest to najważniejsze kto i dlaczego. Teraz priorytetem jest stworzenie dziecku nowego i bezpiecznego domu, a z czasem wszystko na pewno się wyjaśni.
Pastor wraz ze swoją żoną obdarzyli dziewczynkę troską i wielką miłością. Stworzyli dla niej cudowny dom pełen rodzinnego ciepła. Niestety choroba i śmierć kobiety zburzyła wszystko co do tej pory wspólnie zbudowali.  Mężczyzna w pojedynkę nie był w stanie wychować córki. Oddaje dziecko pod opiekę innej rodziny zastępczej. Dziewczynka nie potrafi tego zrozumieć. W jednej sekundzie jej świat wywraca się do góry nogami, a uczucie, którym obdarzyła swojego ojca momentalnie wygasa. Przeczuwa, że on też przestał ją już kochać dlatego tak zrobił.
Ambra dorasta i jak każda nastolatka pragnie się zakochać. Pewnego dnia w miasteczku pojawia się bardzo przystojny mężczyzna. Trudno było nie zauważyć jak zareagowała na jego widok. Nowo przybyły postanawia to wykorzystać do swoich niecnych celów. Pod pretekstem zrobienia wielkiej kariery dziewczyna ucieka z nim do Hollywood. Zakochana po uszy w dopiero co poznanym mężczyźnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że wpadła w niebezpieczną pułapkę, z której będzie jej trudno uciec. Zaślepiona toksycznym blaskiem miłości, nie zauważa tej prawdziwej, która jest znacznie bliżej niż sądziła...

Czerwony dywan, blask fleszy oraz wystawne przyjęcia w towarzystwie wielkich gwiazd kuszą. Tej pokusy doświadczyła na własnej skórze Ambra vel Lena Scott. Właśnie tak brzmiał jej pseudonim nadany przez Franklina Mossa, osobistego menadżera. To właśnie on wypatrzył ją na jednym z przyjęć. Tak naprawdę wyrwał ją z rąk "ukochanego" mężczyzny. Po kilku epizodycznych rolach i dzięki swojej niepowtarzalnej urodzie stała się rozpoznawalną kobietą. W końcu tego właśnie chciała. Stała się sławna, a jej zdjęcia pojawiły się w czasopismach.
Tylko czy tak powinno wyglądać jej życie? Z czasem przekonuje się, że wszystko wygląda zupełnie inaczej niż sobie wyobrażała. Bajka się skończyła. Zaczyna tęsknić za pastorem i innymi mieszkańcami miasteczka. W jej głowie pojawiają się myśli o powrocie do domu, ale jak mogłaby po czymś takim wszystkim spojrzeć w oczy? Przeczuwa, że cała społeczność już zapomniała o jej istnieniu. Nic bardziej mylnego. Każdego dnia jej bliscy modlą się aby Ambra do nich wróciła. Czy tak się stanie? I czy dziewczyna będzie w końcu szczęśliwa? Zachęcam do przeczytania tej jakże bardzo wciągającej historii.

Ja jestem po lekturze usatysfakcjonowana. Nie brakowało mi w książce niczego. Miałam do czynienia z ciekawie wykreowanymi bohaterami. Z dynamicznie rozwijającą się akcją. Strona po stronie robiło się coraz ciekawiej. Historia opisuje losy porzuconego niemowlęcia, nastolatki i dorosłej kobiety. Wszystkie te postaci to Ambra, która zmienia swoją tożsamość. Popularność jak widać wcale nie jest taka fajna. Trzeba mieć silną psychikę, której naszej bohaterce brakuje. Najwidoczniej nie jest stworzona aby pełnić taką rolę. Chyba Bóg ma dla niej zupełnie inne plany. Tylko tak się składa, że nasza bohaterka znacznie się od niego oddaliła. A jak wiemy wiara czyni cuda, tylko trzeba w nią uwierzyć. Czy Ambra jeszcze znajdzie siłę aby wskrzesić ją w sobie na nowo?

POLECAM
MOJA OCENA 8/10




niedziela, 23 lipca 2017

ANTYKWARIAT SPEŁNIONYCH MARZEŃ ( Recenzja )

Autor: Dorota Gąsiorowska
data wydania: 10 kwietnia 2017
liczba stron: 416
wydawnictwo: Znak Literanova












Twórczość Pani Doroty Gąsiorowskiej jest mi bardzo dobrze znana za sprawą jej wcześniejszych książek. Przeczytałam wszystkie jakie do tej pory napisała. Byłam w Różanym Gaju, spacerowałam po urokliwym Lwowie. Teraz przyszedł czas na romantyczny Kraków i historię nie mniej romantycznej Emilii. 

Taka właśnie jest główna bohaterka powieści. Na co dzień pracuje w bardzo klimatycznym miejscu jakim jest antykwariat. Każda osoba kochająca książki marzy o takiej pracy. Zapach starych woluminów, przeglądanie półek. A gdy do tego dorzucimy aromat korzennej kawy, możemy poczuć się jak w raju. Niestety rajem nie można nazwać jej życia. Kobieta wychowana została przez swoją nianię, a zarazem żonę Pana Franciszka - właściciela antykwariatu. Gdzie była wtedy jej matka? No cóż, relacje jakie  łączą obie kobiety nie są łatwe. Emilia należy do osób z innej epoki. Jest cichą i nieśmiałą kobietą.  Poświęciła swoje życie dla literatury i dobrze jej z tym. W końcu spędziła całe dzieciństwo w ich towarzystwie. Studiowała również polonistykę. Z biegiem czasu zaczyna sama pisać do szuflady. Kto wie, może i do niej kiedyś uśmiechnie się szczęście i zobaczy swoje nazwisko na okładce? 
Któregoś dnia pakuje walizki i wyrusza w drogę do Gdańska. Ma zamiar odwiedzić swojego ojca, który zmaga się z problemami zdrowotnymi. Przed podróżą Franciszek wręcza jej tajemniczy pakunek. Tych tajemnic w książce jest znacznie więcej...Zapytacie się, gdzie w tym wszystkim schowała się miłość? Nie martwcie się bo pojawi się i to z podwójną siłą. 

|"Żegluj z radością i bez strachu. Nigdy nie wiesz, 
co dobrego może cię spotkać na szerokich wodach."

Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że Pani Dorota Gąsiorowska stała się jedną z moich ulubionych polskich pisarek. Uwielbiam sposób w jaki pisze. Od razu zauważyłam, że wkłada w swoją pracę całe serducho. Poprzednie jej książki przeczytałam jednym tchem. Podobnie było w przypadku "Antykwariatu spełnionych marzeń". Jestem wręcz zauroczona tym, jak potrafi przenieść czytelnika w inny świat. W dużej mierze przyczyniają się do tego genialne opisy. Różnie to w życiu bywa, ale jak do tej pory nie miałam przyjemności pospacerować krakowskimi uliczkami, ani posłuchać szumu bałtyckich fal. Dlatego w tym miejscu chciałabym podziękować Pani Dorocie za to, że wgłębiając się w historię Emilii po prostu odpłynęłam. Poznałam miasto smoka, a także zwiedziłam latarnię morską i poczułam morską bryzę. 
Piegowata dziewczyna z rudymi włosami na okładkowym zdjęciu idealnie odwzorowuje postać głównej postaci. Bije od niej delikatność i nieśmiałość. Od razu obdarzyłam ją sympatią i troszkę pozazdrościłam jej miejsca gdzie pracuje. Bo ja też bym tak chciała. Zaraz po wejściu można było poczuć wyjątkowość tytułowego antykwariatu. Atmosfera jaka tam panowała wyróżniała je od innych tego typu sklepów, gdzie można zakupić arcydzieła literature, które zostały oznaczone przez czas. 
Warto również wspomnieć o innych postaciach wykreowanych przez pisarkę. Z pewnością na uwagę zasługuje Franciszek. Przesympatyczny starszy pan, którego nie sposób nie lubić. Podbił moje serce w jednej sekundzie. Troszczył się o Emilię i był dla niej ostoją w najtrudniejszych momentach jej życia. Wiedział, że pisze i pragnął aby w końcu coś z tym zrobiła. Miał nadzieję że książka, którą jej podarował stanie się dla kobiety impulsem do działania. 
Róża, macocha Emilii. Z zawodu lekarz. Nagła zmiana w zachowaniu kobiety wprawia w zdumienie wszystkich domowników. Przecież nigdy w taki sposób się nie zachowywała. 
Iga, przyjaciółka głównej bohaterki, Sara, starsza pani, która pojawia się w Modrzewiowej. Grzegorz i Szymon. Bardzo przystojni młodzi mężczyźni, którzy nagle pojawiają się w życiu Emilii. Spora grupka intrygujących postaci stworzyła nie mniej intrygującą całość. Tajemnice krążą między nimi z zawrotną prędkością. Jesteście ciekawi co się stanie gdy wyjdą na jaw? Zapraszam wszystkich na wycieczkę do Krakowa i równie pięknego Gdańska. Ja nie żałuję, że zdecydowałam się na tą jak miło spędzoną podróż. 

POLECAM
MOJA OCENA 8/10

Za egzemplarz książki dziękuję  wydawnictwu: 


sobota, 22 lipca 2017

WĘDROWNE PTAKI ( Recenzja )

Autor: Karolina Wilczyńska
data wydania: 26 kwietnia 2017
liczba stron: 312
wydawnictwo: Czwarta Strona












Pani Karolina Wilczyńska za sprawą swoich książek stała się jedną z popularniejszych polskich pisarek. Jej historie pokochały miliony kobiet, a saga "Stacja Jagodno" cieszy się nadal niesłabnącym zainteresowaniem. Tym razem również będziemy mieli do czynienia z kilkutomową opowieścią. "Wędrowne ptaki. Rok na Kwiatowej" to pierwsza część serii opowiadającej losy czterech nieznanych sobie wcześniej kobiet. 

Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Nie sposób się z tym stwierdzeniem nie zgodzić patrząc z boku na Malwinę, Różę, Lilianę i Wiolę. Razem tworzą niezłą mieszankę wybuchową biorąc pod uwagę ich osobowości i charaktery. Pierwsza z nich jest trzydziestoletnią już kobietą, ale zachowuje się dość nietypowo jak na swój wiek. Posiada w sobie duszę artystki czego dowodem jest jej ubiór. Gustuje w dość barwnych ciuszkach. Ma wszystko gdzieś i niczym się nie przejmuje. Nagła śmierć ojca w jednej chwili wywraca jej życie do góry nogami. W końcu kiedyś trzeba stanąć w szranki z rzeczywistością. Skończyło się bujanie w obłokach. Nieoczekiwanie staje się właścicielką firmy ojca, ale nie wie czym tak naprawdę ta firma się zajmowała. Zaniedbuje własną matkę, która zmaga się z depresją. Nie zna imienia swojego chłopaka...Oj czarno to widzę...
Róża to cicha i skromna dziewczyna. Uwielbia spędzać wolny czas w towarzystwie książek i dwóch kotów. Najchętniej nie wychodziłaby z domu, ale ktoś musi zarabiać na życie. Pracuje w szkole jako nauczycielka języka angielskiego. 
Wgłębiając się w dalszy ciąg poznajemy Lilianę. Elegancką i dbającą o swój wygląd biznes women. Świetnie prosperujący biznes odzieżowy zapewnia jej stabilizację finansową. W związku z tym może pozwolić sobie na zakup apartamentu, który będzie dzielić z Kubusiem. Może na pierwszy rzut oka wydaje się sztywną i dystyngowaną pancią, ale nic bardziej mylnego. Okazuje się być fajną kobitką, z którą da się o wszystkim porozmawiać. Nie tylko o ubraniach.
Ostatnią z kobiet jest Wiola. Jako jedyna ma dziecko i męża. Za kilka miesięcy na świat ma przyjść kolejny potomek. Ciągła nieobecność mężczyzny w domu sprawia, że radość ze spełnionego marzenia przygasła. Z drugiej też strony nie może być na Adama zła, przecież pracuje na to aby mogła w końcu cieszyć się swobodą we własnym mieszkaniu.

Biorąc pod uwagę poprzednie książki Pani Karoliny, które osobiście miałam przyjemność czytać mogę stwierdzić, że tym razem podarowała swoim czytelnikom coś zupełnie innego. Jak do tej pory mieliśmy do czynienia z jedną główną bohaterką, tutaj spotykamy aż cztery kobiece postaci. Każda z nich jest inna co za tym idzie możemy poddać ocenie kunszt pisarki jeśli chodzi o sposób ich wykreowania. Nie jest łatwo stworzyć osoby o aż tak odmiennych charakterach i osobowościach. Według mnie ten mały eksperyment wyszedł autorce całkiem fajnie. Nie od razu obdarzyłam wszystkie dziewczyny sympatią, ale po bliższym poznaniu wywnioskować można, że razem stworzyły interesujący obraz osób, które wcześniej nie miały ze sobą nic wspólnego. Pewien incydent związany z awarią windy w budynku przy ulicy Kwiatowej był takim zalążkiem rodzącej się między nimi przyjaźni. Jednak dopiero kolejne wydarzenia, uświadomiły naszym bohaterkom, że los tak chciał, żeby spotkały się pod tym samym adresem. Założenie klubu o bardzo oryginalnej nazwie było strzałem w dziesiątkę. Z czasem przekonują się, że świetnie dogadują się w swoim towarzystwie.

Na szczególną uwagę zasługuje pewien fakt, który nie każdemu może przypaść do gustu. Mam tutaj na myśli formę narracji jaka została zastosowana. Każda z kobiet opowiada swoją historię w taki sposób jakby chciała z Tobą porozmawiać. Rzadko trafiam na książki z tego typu narracją, więc musiało minąć troszkę czasu abym mogła wpaść w odpowiedni rytm. Czy mi się podobało? Sama nie wiem. Skończyłam lekturę dość szybko, ale jednak coś mi nie pasowało. Chyba za dużo było "cofania". W każdej z historii mamy do czynienia z powrotem do kwestii, które miały już miejsce. Fanką takiego naświetlania wydarzeń raczej nie zostanę, ale z drugiej też strony warto czasami spróbować czegoś innego.

Kończąc moją opinię na temat "Wędrownych ptaków" śmiem stwierdzić, że spędziłam w towarzystwie Malwiny, Róży, Liliany i Wioli miło czas. W związku z tym z czystym sumieniem mogę ją polecić wszystkim fankom literatury kobiecej.

POLECAM
MOJA OCENA 7/10

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: 



środa, 12 lipca 2017

WIELKIE KŁAMSTEWKA ( Recenzja )

Autor: Liane Moriarty
data wydania: 14 luty 2017
liczba stron: 496
wydawnictwo: Prószyński i S-ka














Czy istnieje ostateczna definicja kłamstwa? Niby kłamstwo to mówienie nieprawdy, albo inaczej "wypowiedź wbrew myśli". Mówimy coś, ale myślimy zupełnie inaczej. Taki rodzaj kłamstwa można nazwać kłamstwem w dobrej wierze. W naszym życiu napotykamy wiele tego typu sytuacji, gdy nie chcemy  komuś zrobić przykrości mówiąc prawdę. Zastanawiamy się co jest w tym momencie najlepsze. Warto zadać sobie jeszcze jedno pytanie: Czy kłamstwa można podzielić na małe i te troszkę większe. Według mnie taki podział nie istnieje. Każde kłamstwo boli tak samo, niezależnie jakiego jest "rozmiaru". Patrząc na tytuł książki autorstwa Liane Moriarty mamy do czynienia z tymi większymi, ale żeby było ciekawiej nie są to kłamstwa tylko...kłamstewka. Ja osobiście zostałam zaciekawiona tą oryginalną tytułową kombinacją.


Jane to nieśmiała dwudziestoczteroletnia kobieta, samotnie wychowująca syna. Decydując się na zmianę miejsca zamieszkania ma nadzieję, że wydarzenia z przeszłości, z którymi zmaga się od kilku lat w końcu pójdą w niepamięć. Madeline poznajemy w dniu swoich czterdziestych urodzin. Razem z Fredem mają trójkę dzieci. W jej życiu nie ma miejsca na nudę, tym bardziej gdy wychowuje się nastolatkę, której ojcem jest inny mężczyzna. Dziewczyna w chwili obecnej znajduje się w fazie nastoletniego buntu. Celeste ma wszystko, żeby móc powiedzieć, że nic do szczęścia jej nie brakuje. Przecież ma przystojnego i inteligentnego męża, jest matką uroczych bliźniaków. Nie musi martwić się o kwestie finansowe, do tego posiada niepowtarzalną urodę. Po prostu bajka. Chyba jednak nie do końca...

"Wielkie kłamstewka", na temat tej książki czytałam wiele opinii. Ale jakoś nie ciągnęło mnie, aby po nią sięgnąć. Czekała sobie spokojnie na półce z książkami aż w końcu przyszedł odpowiedni czas. Byłam ciekawa czy znajdę w niej coś co mnie zaskoczy. Coś co spowoduje, że nie będę mogła oderwać się od lektury. Może ciekawie przedstawieni bohaterowie, albo interesujący rozwój wydarzeń. Jaka była moja radość po przeczytaniu ostatniej strony? Otóż, otrzymałam jedno i drugie. Początek jak dla mnie może był troszkę nudnawy, ale z czasem akcja nabrała zawrotnego tempa. Działo się, oj działo. Jednak wróćmy na moment do naszej trójki głównych bohaterek. Zwyczajnie nie da się ich nie lubić. Autorka przedstawiła je w bardzo realistyczny sposób. Trzy kobiety, trzy zupełnie inne osobowości. Nieoczekiwanie buduje się między nimi nić porozumienia, która z czasem przeradza się w przyjaźń.. Gdy poznamy je bliżej okazuje się, że każda z nich coś ukrywa. Kłamstwa, sekrety to coś co je łączy.  Nikt nie wie kto jest ojcem dziecka Jane, Madeline nie może pogodzić się z tym, że jej córka znalazła sobie nowy wzór do naśladowania w postaci macochy i chce z nią zamieszkać wraz ze swoim biologicznym ojcem. Z całej tej trójki chyba największą tajemnicę skrywa Celeste. Tak to już jest gdy na pierwszym miejscu stawiamy zdanie innych ludzi. W wielu przypadkach to jednak wstyd bierze górę. Zacisnę zęby i jakoś to będzie. Przecież przyrzekał, że więcej tego nie zrobi, pójdzie na leczenie. Takie pitu pitu. Poranne spojrzenie w lustro jest takim powrotem na ziemię. Kolejny siniak, kolejne kłamstwo. Najgorsze jest w tym to, że w wielu przypadkach kobieta w dalszym ciągu kocha swojego oprawcę pomimo bólu jaki jest jej zadawany. Nie wiadomo który jest gorszy fizyczny czy ten psychiczny, który może odbić się na innych członkach rodziny. W końcu rodzice są dla dzieci przykładem.
Warto również wspomnieć o drugoplanowych bohaterach, a jest ich spora grupka. Zaliczają się do nich tak zwane "blond pazie". Do tej grupy należą matki, które uważają się za ważniejsze od pozostałych, a ich dzieci gdy jeszcze raczkowały okazywały niewyobrażalne zdolności. Co daje człowiekowi takie wywyższanie się? Przy okazji traktując drugą osobę w sposób lekceważący. Nie każdy ma to, co by chciał mieć, taki już nas los. Moriarty zwróciła uwagę na problem jakimi są podziały społeczne. Na ludzi gorszych i lepszych. Na bogatszych i biedniejszych. Tak naprawdę to każdy z nas jest taki sam. Tylko co niektórzy może mieli w życiu więcej szczęścia. Ale jak to się mówi podobno pieniądze szczęścia nie dają. Miłości i zdrowia nie kupisz. Szacunku też nie.

Pisarka zastosowała bardzo ciekawy manewr, mianowicie cofamy się w czasie. Rodzice z niecierpliwością odliczają dni do swojego wieczorku integracyjnego, którego organizatorem jest szkoła. W trakcie imprezy dla dorosłych wydarzy się coś co wstrząśnie całą społecznością. Zdradzę tylko, że dojdzie do zabójstwa. Kto będzie denatem, a kto mordercą? Możecie mnie nawet załaskotać, ale i tak nic nie zdradzę. Ja też muszę mieć jakiś sekrecik.

"Wielkie kłamstewka" to świetnie napisana książka. Poruszonych zostało w niej wiele ciekawych tematów, dlatego też każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Jest to książka o życiu, o ludzkich problemach, troskach i radościach. Wątek humorystyczny też się w niej pojawia.
Po jej przeczytaniu warto zastanowić się nad wagą kłamstwa. Może jednak najgorsza prawda będzie lepsza. Od razu na duszy zrobi się lżej. Przecież z czasem kłamstwo i tak wyjdzie na jaw.

Autor recenzji:
Karolina Koska

POLECAM
MOJA OCENA 8/10

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

U PANA BOGA POD GRUSZĄ ( Recenzja )

Autor: Monika Orłowska
data wydania: 26 lipca 2016
liczba stron: 320
wydawnictwo: Replika













 Pola, łąki, spokój i ta niewyobrażalna cisza, która od czasu do czasu jest przerywana przez ptasi świergot gdzieś między gałęziami drzew. To klimat, który wprost uwielbiam. Dlatego też byłam pewna, że książka Moniki Orłowskiej "U Pana Boga pod gruszą" przypadnie mi do gustu.

Helena to przemiła pani, która prowadzi gospodarstwo agroturystyczne. W takich miejscach odpoczywa ciało oraz dusza. Nasza główna bohaterka ma swoje sposoby jeśli chodzi o leczenie duchowych dolegliwości. Rozmowa z drugim człowiekiem, wysłuchanie tego co ma do powiedzenia. Zwykłe milczenie również może wiele w tym przypadku zdziałać. Ale jest jeszcze coś. Modlitwa.
Książka składa się z ośmiu rozdziałów, w których poznajemy tzw. życiowych rozbitków. Tak to już jest gdy tratwa, którą mozolnie budowaliśmy rozbija się o wzburzone fale życia. Uratować nas może tylko dopłynięcie do brzegu. Tym brzegiem okazała się Nowa Biała. Wieś, gdzie czas stanął w miejscu.

Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że będziemy mieli do czynienia z kolejną książką z działu tych lekkich i przyjemnych. Niby tak jest, ale nie do końca. Jednak jest coś, co ją wyróżnia. Już na samym początku pojawia się zaskoczenie w postaci słów modlitwy. Jest nią Koronka do Miłosierdzia Bożego. Co niektórzy mogą być zaciekawieni, ale inni mogą zareagować zupełnie inaczej i odłożą książkę na półkę. Jak wiemy temat wiary najczęściej poruszany jest w literaturze chrześcijańskiej, ale są i takie książki, w których religijność bohaterów wpleciona jest w główną historię. Tak właśnie jest w książce Moniki Orłowskiej "U Pana Boga pod gruszą". Spotkałam się już kilkakrotnie z tego typu książkami i osobiście nie mam na ich temat negatywnego zdania. Podobały mi się i tak dzieje się i tym razem.

Było sielsko jak to na wsi, a moja wyobraźnia działała na pełnych obrotach. Poznałam przemiłych ludzi. Tomasz, dopiero co wyszedł z więzienia i oswaja się z wolnością. Bożena, dzielna kobieta, która samotnie wychowuje swoje chore dziecko. Franek, uroczy pan, który cierpi na wadę wymowy. Wszyscy razem stworzyli fajną grupę ludzi, których nie mogłam nie polubić.
Gospodarstwo agroturystyczne w Nowej Białej to wyjątkowe miejsce, które sama chętnie bym odwiedziła. Mogę tylko żałować, że jest to fikcja stworzona dla potrzeb książki, a może się mylę. Gdzieś za górami za lasami jest taka oaza spokoju gdzie można wypić mleko prosto od krowy, usiąść na ławeczce pod gruszą i pomyśleć. Porozmawiać z drugim człowiek wiedząc że cię wysłucha. Doradzi, rozbawi, a nawet skrytykuje.
Właśnie z tego typu historią mamy do czynienia w książce Pani Moniki. Ja poznając losy poszczególnych osób spędziłam bardzo miło czas. I niech nikogo nie zrazi fakt, że poruszony został w niej temat wiary. Bo przecież wiara czyni cuda, prawda?



POLECAM
MOJA OCENA 8/10

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: 



środa, 12 kwietnia 2017

Dziecko Last Minute ( Recenzja )

Autor: Natasza Socha
data wydania: 28 września 2016
liczba stron: 352
wydawnictwo: Pascal















Obok tak pięknej książkowej okładki nie można przejść obojętnie. Szata graficzna to nie jedyna zachęta, aby sięgnąć po "Dziecko last minute". Autorką książki jest Natasza Socha, a sposób pisania tej Pani gwarantuje, że będziemy mieli do czynienia z kolejną fantastyczną historią. Tak było i tym razem. 

Na samym początku warto przetłumaczyć na język polski słowa "last minute", które zostały użyte w tytule. Ten angielski zwrot to nic innego jak w ostatniej chwili. Najczęściej używany jest przez biura podróży, ale w tym przypadku ten zwrot ma zupełnie inne znaczenie.
Główną bohaterką książki jest 46-letnia Kalina, która spodziewa się dziecka. Wiadomość o ciąży była dla niej niemałym szokiem. Tym bardziej gdy ojcem jest niedawno poznany mężczyzna. Zamiast poprosić farmaceutkę o specyfik, który złagodzi objawy zbliżającej się menopauzy, bo przecież w tym wieku to jest główny powód burzy hormonalnej, będzie musiała zakupić kwas foliowy. Jak na wieść o siostrze albo braciszku zareaguje dorosła córka Kaliny, nie mówiąc już o przyszłym tatusiu? Cały świat w jednej chwili wywrócił się do góry nogami.

Jeśli są gdzieś kobietki, które jeszcze nie czytały żadnej książki autorstwa Nataszy Sochy niech czym prędzej nadrabiają zaległości. Ja po przeczytaniu dwóch wiedziałam, że kolejna musi trafić w moje łapki. Niestety "Harmonii" pierwszego tomu z cyklu "Matki, czyli córki" nie miałam przyjemności czytać, ale nie przeszkodziło mi to aby sięgnąć po drugi tom, czyli "Dziecko last minute". Nie tak dawno na rynku pojawiła się trzecia część. Wracając do Kaliny i jej późnego macierzyństwa. No tak, temat nie jest łatwy. Co niektórych może wręcz szokować, no bo jak to w takim wieku ? Pełna bezmyślność itd. Nie ma się czemu dziwić, sama Kalina miała wiele wątpliwości. Czy da sobie ze wszystkim radę przed i po porodzie. Czy będzie mogła liczyć na wsparcie najbliższych...oraz ukochanego. Ciąża to wyjątkowy czas, który niestety nie zawsze wygląda pięknie i kolorowo. Biologia ma swoje prawa, zmienia się ciało wraz z psychiką. Poranne mdłości, zachcianki żywieniowe, zmęczenie, senność. Troska o tą małą jeszcze nie narodzoną kruszynkę. W tym okresie bardzo ważna jest pomoc nie tylko medyczna, ale przede wszystkim ta od strony rodziny. Niestety w przypadku Kaliny może być z tym problem...

Styl jakim posługuje się Natasza Socha słynie z lekkości oraz ogromnej dawki poczucia humoru. Jednego i drugiego nie mogło tutaj zabraknąć mimo tego, że w książce została poruszona dość poważna problematyka. Ale przecież mamy do czynienia z Mistrzynią w tym fachu i to przez duże "M". Po raz kolejny przepadłam. Jak dla mnie książka mogłaby być dwa razy grubsza. Przyjemność czytania trwałaby dłużej.
Ubawiłam się przednio przy czytaniu fragmentów dotyczących ukochanego naszej głównej bohaterki. Może na początku nie wierzyłam w Kosmę, że da sobie ze wszystkim radę. Tym bardziej gdy ma się niezbyt dobrze ustabilizowane życie. Brak pracy, do tego dochodzi również brak odpowiedniego mieszkania. Kiepsko to widziałam, ale jednak dał chłop radę. Każdej przyszłej mamie życzę tak troskliwego i opiekuńczego faceta. Pojawiły się momenty, że ta troska była przesadna, ale za to jak bardzo urocza.

Polecam wszystkim "Dziecko last minute". Matkom, żonom i kochankom. Może na lekturę skuszą się również nasi kochani panowie. Ja w towarzystwie Kaliny spędziłam bardzo miło czas. Polubiłam ją bardzo. Chociaż nie zawsze zgadzałam się z jej wyborami, ale takie jest życie. Nie wszystko niestety układa się tak jak byśmy chcieli. W takim wypadku trzeba wszystko na spokojnie przemyśleć. Pochopne decyzje mogą tylko pogorszyć naszą sytuację. Na koniec mogę powiedzieć jedno. Z pewnością w trakcie czytania nie można narzekać na nudę.



POLECAM
MOJA OCENA 8/10

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Pascal oraz Autorce.