niedziela, 29 grudnia 2024

PÓŁ NA PÓŁ ( Recenzja)

Autor: Izabella Frączyk 
data wydania: 5 czerwca 2018
liczba stron: 416
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 










Za sprawą książki "Pół na pół" autorstwa Izabelli Frączyk po raz drugi wpadłam w odwiedziny na Podhale. 

Stacja "Śnieżna Grań" funkcjonuje w najlepsze i przyciąga miłośników białego szaleństwa. Niebawem inwestycje, które zostały zaplanowane mają ją jeszcze bardziej unowocześnić. Oczywiście wszystko nadzoruje Edek.
Pozostali członkowie rodziny Stachowiaków pochłonięci swoimi obowiązkami nie przeczuwają, że coś złego może się wydarzyć. 
Niestety czasami podjęte przez nas decyzje nie zawsze są prawidłowe i niosą ze sobą poważne konsekwencje. 
W ich życiu prywatnym też dzieje się dużo. 

Jak wiemy z kontynuacjami książek bywa różnie. Przeważnie pierwsza część jest lepsza od dalszego ciągu. Jednak w przypadku tej powieści jest na odwrót. "Pół na pół", drugi tom cyklu "Śnieżna Grań" autorstwa Izabelli Frączyk zdecydowanie bardziej mi się podobał. W "Za stare grzechy" przez dłuższy czas wiało nudą, a tutaj w końcu coś zaczęło się dziać i akcja nabrała tempa. Mniej było też tych technicznych informacji. 
Przeczuwałam, że coś z tą umową z MagnumSnow może być nie tak. Za pięknie to wszystko wyglądało. Jak się później okazało był to początek problemów, z którymi rodzina Stachowiaków musiała się zmierzyć, a przede wszystkim Lola. 
W końcu jako tako ustabilizowała swoje prywatne życie, po tym gdy ponownie na jej drodze pojawił się Tadeusz. Dogadała się z nim w sprawie opieki nad córką, jednak o związku nie było już mowy. Była nadal sama, ale z czasem jej serce zaczęło mocniej bić na widok pewnego mężczyzny. W pracy też wszystko dobrze się układało, ale jak się okazało do czasu. Po tym co zrobił Edek, to właśnie na nią spadło ratowanie rodzinnego biznesu. 
Nie polubiłam tego zbyt pewnego siebie faceta. Zawsze najmądrzejszy, najlepszy, bez żadnej skazy. Był w dużym błędzie, że uda mu się wszystko ukryć przed najbliższymi. 
Z każdą kolejną stroną moje zainteresowanie książką rosło. Byłam bardzo ciekawa w jakim kierunki to wszystko się potoczy. Czy w końcu Stachowiakowie dojdą do porozumienia i szczerze ze sobą porozmawiają. Bo właśnie tego dialogu najbardziej tutaj brakowało. Każdy zajmował się sobą i swoimi obowiązkami. W końcu do głosu doszła przeszłość wraz ze skrywanymi tajemnicami, które wreszcie wyszły na jaw szokując wszystkich. Z pewnością nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Czy ja się czegoś domyślałam? Tym razem nie, więc należy się za to dodatkowy plus. Warto też wspomnieć, że można spokojnie czytać książkę bez znajomości pierwszej części, bo autorka zadbała o krótkie streszczenie. Stylowo i językowo jest podobnie.
Co do zakończenia, czułam, że będzie happy end. W końcu po każdej burzy wychodzi słońce. 

Jeśli jesteście ciekawi co tym razem przeskrobał Edek i o jakie tajemnice chodzi zachęcam was do lektury tej powieści. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7,5/10

 

sobota, 28 grudnia 2024

MIKOŁAJ Z ULICY POGODNEJ (Recenzją)

Autor: Joanna Szarańska 
data wydania: 25 października 2023
liczba stron: 419
wydawnictwo: Czwarta Strona 
 







Jak do tej pory znałam tylko jednego Mikołaja, tego z Laponii, ale dzięki książce autorstwa Joanny Szarańskiej poznałam drugiego białego brodacza w czerwonym kubraku. Tym razem z ulicy Pogodnej. 

Jak co roku czytelnicy z niecierpliwością czekają na kolejną świąteczną książkę autorstwa Kornelii Starskiej. Niestety tym razem może być inaczej, ze względu na twórczy zastój z którym przyszło jej się zmierzyć. 
Na ratunek przybywa Nina, redaktorka i zarazem najlepsza przyjaciółka. To właśnie od niej Kornelia dowiaduje się o Mikołaju z ulicy Pogodnej. 

O raju, ależ to była piękna opowieść. Już sam pierwszy rozdział uświadomił mi, że będzie to coś wyjątkowego. Gdy go czytałam odbyłam podróż w czasie i stałam się małą Karolinką śmigającą razem z podwórkową ekipą na sankach z parkowej górki, brałam udział w bitwie na śnieżki, lepiłam bałwana. W oknie stała mama wołająca na obiad. Ogromnie się cieszę, że mogłam chociaż na chwilę wrócić do tych beztroskich dziecięcych lat. 
Ulica Pogodna straszy swoim wyglądem. Błoto, dziury w asfalcie, obskurne kamienice, w których czuć stęchlizną. Władze urzędowe traktują ją jak przysłowiową kulę u nogi. Co w takiej sytuacji można zrobić? Biały puch przykryje niedoskonałości, ale to nie wystarczy. 
Ta historia dowodzi temu, że dziecięca wyobraźnia nie ma żadnych granic. Mali bohaterowie wpadli na oryginalny pomysł i w jednej chwili szara ulica stała się barwna i kolorowa. Jednak tego, że rano zaraz po przebudzeniu pod drzewami znajdą tajemnicze pakunki raczej się nie spodziewali. Coś takiego dzieje się co roku przed kolejnymi świętami Bożego Narodzenia i nikomu jak do tej pory nie udało się odkryć kim jest tajemniczy darczyńca. 
Tę jakże intrygującą zagadkę ma zamiar rozwikłać Kornelia, której  przybycie staje się nielada sensacją. Nawet przez chwilę nie brała pod uwagę tego, że jej wizyta na ulicy Pogodnej będzie aż tak intensywna i bogata w różnego rodzaju wydarzenia. Przecież miała tylko skupić się na pisaniu, nie na wspólnym lepieniu pierogów, ubieraniu przy sklepowej choinki, pieczeniu pierniczków, czytaniu bajek dwóm rezolutnym urwisom. Sama tym wszystkim była zaskoczona. W obcym miejscu, wśród nieznajomych niespodziewanie poczuła się jak w domu w otoczeniu najbliższej rodziny.
Ulica Pogodna jest brzydka zewnętrznie, ale za to piękna wewnętrznie. Ogromna w tym zasługa jej mieszkańców. Są to ludzie, którzy nikomu nie odmówią pomocy mimo swoich problemów i trosk z jakimi przyszło im się zmierzyć. W każdej sytuacji mogą na siebie liczyć, są dla siebie wsparciem. Jestem zaszczycona, że było mi dane poznać Mirosławę Bochenek, właścicielkę baru Rozgwiazda, Zuzannę Leśniak - to do niej należy pasmanteria Śliczna, Pelagię Kornacką, królową słodkich wypieków z cukierni Szarlotka, Magdalenę Kornacką, właścicielkę sklepu Magdalenka i innych bohaterów którzy pełnią w tej opowieści bardzo ważne role. 
Cała grupa została wykreowana przez autorkę po mistrzowsku. Są tak wiarygodni, tak prawdziwi. Właśnie takich ludzi warto spotykać na swojej drodze. Mimo kłód rzuconych pod nogi przez los oni starają się patrzeć w przyszłość z optymizmem. Z wielkim zaciekawieniem razem z Kornelią wsłuchiwałam się w snute przez nich opowieści. 
"Mikołaj z ulicy Pogodnej" to książka, którą czyta się niebywale lekko i swobodnie. Mnie urzekło w niej wszystko. Klimat  jaki udało stworzyć się Asi Szarańskiej jest zachwycający, wręcz magiczny. W cudowny sposób pokazuje nam wyjątkowość świąt Bożego Narodzenia. W tym czasie dzieją się najprawdziwsze cuda i autorka za pomocą tej jakże pięknej opowieści chce nam to udowodnić. Te kilka stron otula czytelnika jak cieplutki kocyk, wprawia w błogi nastrój. Momentami wzrusza, rozbawia i zmusza do refleksji. A ja taki wachlarz emocji cenię w książkach najbardziej. 
Jeśli jesteście ciekawi czy udało się głównej bohaterce odkryć największą tajemnicę ulicy Pogodnej zachęcam was do lektury. Jestem pewna, że spędzicie przy niej bardzo miło czas. 

POLECAM 
MOJA OCENA 8/10


ZA STARE GRZECHY (Recenzja)

Autor: Izabella Frączyk 
data wydania: 27 luty 2018
liczba stron: 400
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 











Książkę "Za stare grzechy" autorstwa Izabelli Frączyk udało mi się wyszperać w bibliotece. Jest to pierwszy tom cyklu "Śnieżna Grań".
 
Stacja narciarska "Śnieżna Grań" i przyległe do niej mniejsze interesy od wielu lat należą do rodziny Stachowiaków. Dla Antoniego i Anieli, kochającego się małżeństwa i rodziców trójki dzieci to coś więcej, niż tylko dochodowy biznes. Dzięki poświęceniu i ciężkiej pracy odnieśli tak duży sukces. 
Niestety niespodziewana śmierć głowy rodziny niesie ze sobą spore zmiany. Od teraz główną pieczę nad interesem będzie trzymać Edward vel Edek i Leokadia zwana pieszczotliwie Lolą, dwójka dorosłych dzieci. 

Czy młodzi podołają tak poważnemu wyzwaniu? Czy problemy w życiu prywatnym nie wpłyną zbyt mocno na ich zawodowe obowiązki? Oczywiście nad wszystkim będzie czuwać Aniela. 

Zaczęło się dość ciekawie, a nawet można by rzec, że lekko kontrowersyjnie. Dotyczy to Loli, która w moim odczuciu jest tutaj główną bohaterką. W pracy idzie jej całkiem dobrze, natomiast sfera prywatna nie wygląda tak, jakby tego chciała. Jest samotną matką pięcioletniej Mani. Kochała i była kochana, ale z pewnych względów związek z Tadeuszem nie miał szans na dalszy ciąg. Od tej pory Lola stroni od mężczyzn, chociaż na powodzenie u płci przeciwnej nie może narzekać. Dziewczyna zdawała sobie sprawę z tego, że kiedyś padnie z ust jej córki to jedno krótkie pytanie: gdzie jest mój tatuś? 
Lola to mądra, inteligentna kobieta, mocno stąpająca po ziemi i może być z siebie szalenie dumna. Pogodziła pracę zawodową z samotnym macierzyństwem, ma zamiar skończyć studia. Takie osoby jak ona, zasługują na wszystko co najlepsze. Mimo tego, że los rzucił kilka kłód pod nogi dała radę, nie poddała się i zawalczyła o sobie, o swoje dziecko. 
Edward jest świetnym specjalistą w swojej dziedzinie. To on zajmuje się sprawami technicznymi i sprzętowymi. Pragnie się rozwijać i unowocześnić stację, żeby cieszyła się jeszcze większym zainteresowaniem wśród turystów. 
Jeśli chodzi o życie osobiste to podobnie jak u Loli można napisać: to skomplikowane. Jest w długoletnim związku z Agnieszką i dobrze im obojgu tak jak jest. Niespodziewanie coś jednak uległo zmianie i dziewczyna mogła w końcu pochwalić się przed najbliższymi pierścionkiem zaręczynowym. Takim nagłym obrotem spraw zaskoczeni byli wszyscy. 
Chwilami zachowuje się tak, jakby był w gorącej wodzie kompany i podejmuje decyzje w zbyt pochopny sposób. Jest takim cwaniaczkiem, którego warto zawczasu utemperować, żeby nie narobił niepotrzebnych kłopotów. 

Autorka w książce bardzo szczegółowo opisuje na czym polega prowadzenie stacji narciarskiej. Zaglądamy za kulisy takiego biznesu. Jest to bardzo odpowiedzialna, trudna i stresująca praca, która wymaga dużego zaangażowania, poświęcenia oraz śledzenia technicznych nowinek. 
Całość przeczytałam błyskawicznie, ale stało się to chyba ze względu na dość dużą czcionkę. Główna treść niestety chwilami mnie nużyła. Były takie momenty, w których nic się nie działo. Najbardziej zaintrygował mnie wątek dotyczący podpisania umowy z firmą MagnumSnow. Coś czuję, że w tej sprawie będzie się jeszcze działo i dlatego z chęcią zapoznam się z drugim tomem.  
Styl oraz język nie jest skomplikowany i nie wymaga od czytelnika większego skupienia. Przyczepię się jeszcze do tytułu, który ni w ząb nie pasował mi do treści.
Zimowa otoczka nadała tej opowieści fajnego klimatu. Jeśli tęsknicie za białym puchem i zimowym szaleństwem na nartach to sięgnijcie czym prędzej po tę książkę. 

MOJA OCENA 6/10




piątek, 13 grudnia 2024

KIERUNEK MIŁOŚĆ (Recenzja)

Autor: Catherine Walsh
data wydania: 23 października 2023
liczba stron: 384
wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
 







"Kierunek miłość" autorstwa Catherine Walsh to kolejna świąteczna historia, z którą miałam okazję się zapoznać. Książka w ubiegłym roku cieszyła się dużym zainteresowaniem i była wysoka oceniana przez czytelników. Jesteście ciekawi jakie ja mam zdanie na jej temat?


Molly i Andrew poznali się dziesięć lat temu w samolocie lecącym do Irlandii. Oboje byli wtedy w drodze, żeby móc spędzić święta ze swoimi rodzinami. Z biegiem czasu ta luźna znajomość przerodziła się w wyjątkową przyjaźń, mimo tego, że ich pierwsze spotkanie odbyło się w niezbyt komfortowej sytuacji. Wspólne grudniowe podróżowanie stało się dla nich tradycją, i co roku umawiają się na kolejny lot. 
Z okazji małego jubileuszu tym razem miał wyglądać bardziej luksusowo niż zazwyczaj. Niestety z powodu śnieżycy nad Atlantykiem wszystkie samoloty zostały uziemione.
Molly nie należy do świątecznych entuzjastów, w przeciwieństwie do Andrew, i z tego też powodu ma zamiar zrobić wszystko, żeby jej najlepszy przyjaciel spędził ten wyjątkowy czas z najbliższymi. 

Pisałam to już nie raz, że boję się książek wychwalanych przez wszystkich. W takim wypadku ja też muszę, no bo inaczej przecież być nie może. Jednak z drugiej strony wolę być szczera. 
"Kierunek miłość" jest książką z grupy tych lekkich i przyjemnych, w dodatku została obsypana śniegiem. Skoro akcja rozgrywa się w grudniu nie mogło zabraknąć w niej całej tej bożonarodzeniowej otoczki. Według mnie, jest jej w sam raz. Miałam przez chwilę obawy, że może być zbyt cukierkowo, ale na szczęście autorka nie przekroczyła poziomu świątecznej słodkości. 
Nie wiem czy tylko ja mam takie skojarzenie, ale bieg wydarzeń przypomina mi trochę film "Kevin sam w domu", szczególnie te fragmenty, w których mama chłopca wyrusza w podróż do domu. Trudności ze znalezieniem wolnego miejsca w samolocie, przesiadki, jazda ciężarówką. W książce jest podobnie, z tą różnicą, że zamiast samochodu mamy prom.
Jeśli myślicie, że w tej historii nic się nie dzieje, będziecie w dużym błędzie. Dzieje się i to dużo. Czytelnik staje się uczestnikiem szalonej eskapady w wykonaniu naszej dwójki bohaterów. Andrew'a polubiłam od razu. Urzekł mnie swoją osobowością, troską o Molly. Jego sarkastyczne poczucie humoru jest urocze, i niejednokrotnie sprawiało, że na mojej twarzy gościł uśmiech. Nie jest nachalne, ani przesadnie głupie. Święta Bożego Narodzenia są dla niego bardzo ważne, i dlatego nie wyobraża sobie spędzenia tych kilku wyjątkowych dni w roku bez rodziny. 
Na co dzień nie widać po nim, że zmaga się z poważnym problemem jakim jest choroba alkoholowa. Sam to dostrzegł, i sam postanowił z nią walczyć. 
Andrew to młody, przystojny, inteligentny mężczyzna, którego nie sposób nie lubić. Nie jedna kobieta odwróci się na jego widok. 
Molly doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że ktoś taki może mieć duże powodzenie u płci przeciwnej. Sama po drodze była w kilku związkach, i jakoś do tej pory jej to nie przeszkadzało. Niespodziewanie, coś zaczyna się w niej zmieniać. W tym miejscu warto zadać pytanie czy przyjaźń między mężczyzną i kobietą ma jakikolwiek sens, czy jest w ogóle możliwa? Molly stoi przed nielada dylematem. Z jednej strony boi się stracić przyjaciela, z drugiej pragnie stworzyć szczęśliwy związek z Andrew. Sytuacja w jakiej się znalazła jest nie do pozazdroszczenia i wcale się nie dziwię, że miała tak duży mętlik w głowie. 
Nie próbujcie mnie przekupić świątecznym sernikiem, lub makowcem bo i tak wam nie zdradzę, jaką decyzję podjęła Molly. 

"Kierunek miłość" czyta się lekko i swobodnie. Język jest prosty i płynny. Catherine Walsh stworzyła bardzo miłą w odbiorze historię, która nastraja świątecznie. Momentami wzrusza i zmusza do refleksji. Mam nadzieję, że kiedyś zostanie przeniesiona na szklany ekran bo na to zasługuje. Jest to gotowy scenariusz na zimową komedię romantyczną. 
Rozpalcie sobie w kominku, zróbcie gorącą czekoladę, przykryjcie się kocykiem i rozpocznijcie lekturę tej jakże sympatycznej powieści. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10

środa, 4 grudnia 2024

OPOWIEŚĆ BŁĘKITNEGO JEZIORA (Recenzja)

Autor: Dorota Gąsiorowska 
data wydania: 22 listopada 2023
liczba stron: 510
wydawnictwo: Znak literanova


 





Czy istnieje odpowiedni moment, żeby bez skrupułów zacząć czytać książki świąteczno-zimowe? Ja wystartowałam pod koniec listopada. W tym roku sezon właśnie na takie historie rozpoczęłam od lektury "Opowieści błękitnego jeziora" autorstwa Doroty Gąsiorowskiej. 

Sonia na co dzień mieszka w Łodzi i pracuje jako dziennikarka. Każdemu należy się urlop, i ona ma zamiar z tego przywileju skorzystać. W tym celu przyjeżdża do Bukowej Góry, małego podkrakowskiego miasteczka. Mieści się tam kawiarenka "Złote Serce" z rodzinną manufakturą czekolady, z którą ponoć wiąże się pewna legenda. Sabinę mocno to zafascynowało, i z chęcią napisałaby na ten temat artykuł.
Dziewczyna nie zdawała sobie sprawy z tego, że te kilka grudniowych dni spędzonych wśród lokalnej społeczności aż tak bardzo wpłyną na jej dotychczasowe życie, a szczególnie to, co usłyszała z ust właścicieli "Złotego Serca". 

Są takie książki, z którymi my, czytelniczy nie potrafimy się rozstać. Robimy wszystko, żeby przedłużyć czas spędzony z bohaterami. W moim przypadku coś takiego miało miejsce w trakcie lektury "Opowieści błękitnego jeziora". 
Przepadłam moi drodzy, i to po przeczytaniu kilku początkowych zdań. Dorota Gąsiorowska stworzyła coś wyjątkowo pięknego i zachwycającego. Ja zostałam tą historią wręcz zahipnotyzowana. 
Akcja w książce dzieje się w dwóch ramach czasowych. Współczesność dotyczy Soni, młodej dziewczyny, która nie miała w swoim życiu lekko. Musiała szybko dorosnąć i walczyć o przetrwanie. Ciężko pracowała, ukończyła studia. Teraz gdy jest już dorosła dochodzi do wniosku jak dużo ją to kosztowało, ile poświęciła żeby znaleźć się w miejscu, w którym obecnie jest. Dokonała tego sama, bez pomocy innych osób. 
Samotność bardzo mocno poraniła jej serce. Z biegiem czasu kilka ran zostało zabliźnionych, ale ta jedna, największa nadal boli.  
Przyjazd do Bukowej Góry jak się okazało, był bardzo dobrym pomysłem. Na jej twarzy pojawił się długo niewidoczny uśmiech, powróciła utracona radość ze świąt Bożego Narodzenia. Można powiedzieć, że w towarzystwie mieszkańców Bukowej Góry odżyła. Największą sympatią obdarzyła właścicieli "Złotego Serca". Rozalia i Gabriel tworzą szczęśliwe i kochające się małżeństwo. To właśnie oni naprzemiennie snują wyjątkową opowieść, którą Sonia ma zamiar opisać. 
Dzięki legendzie przenosimy się w czasie, poznając losy Sabiny i Marcina, dwójki młodych ludzi.
Który okres czasowy bardziej przypadł mi do gustu? U mnie jest remis, bo teraźniejszość jak i przeszłość zasługują na jak najwyższą ocenę. 
Historia Sabiny i Marcina została przedstawiona w tak interesujący i pochłaniający sposób, że z niecierpliwością oczekiwałam kolejnych rozdziałów na ich temat. To samo działo się w przypadku Soni. Mój poziom zainteresowania znacznie wzrósł gdy odebrała telefon od pewnej osoby. Byłam szalenie ciekawa co będzie dalej, jakie decyzje podejmie nasza główna bohaterka. 
W "Opowieści błękitnego jeziora" nie brakuje intrygująco wykreowanych postaci. Oprócz wyżej wymienionych poznajemy Maurycego, starszego mężczyznę, który uważany jest przez miejscowych za gbura i odludka. Warto również wspomnieć o Laurze i Hani, dwóch bardzo dzielnych kobietach. Ich historie zainspirowały Sonię do napisania kolejnych artykułów. Nie mogę zapomnieć o Bartoszu, tajemniczym mężczyźnie, który nie zrobił na naszej dziennikarce pierwszego dobrego wrażenia. Jednak po bliższym poznaniu wydał się całkiem sympatyczny. Czy ta luźna znajomość będzie początkiem czegoś znacznie poważniejszego tego wam nie zdradzę. Musicie doczytać sobie sami.

"Opowieść błękitnego jeziora" to jedna z piękniejszych powieści w dorobku Doroty Gąsiorowskiej. Przyciąga i urzeka już od samego początku.  Nie  sposób w niej znaleźć nawet najmniejszego słabego punktu. Wszystko jest tutaj doskonałe i dopieszczone w każdym najmniejszym szczególe. Sama z wielką chęcią odwiedziła bym tak klimatyczne, wręcz baśniowe małe miasteczko, w którym można spotkać serdecznych i przyjacielsko nastawionych ludzi. Mimo swoich problemów starają się zawsze patrzeć w przyszłość z optymizmem. Służą pomocą, wsparciem, dobrym słowem. Przekonała się o tym Sonia mocno doświadczona przez los.
Jak wiemy, nasze życie nie zawsze jest piękne i kolorowe. Czasami musimy zmierzyć się z tą mniej barwną stroną. To, co zostało przedstawione na kartach powieści, sprawia, że cała ta historia stała się bardzo życiowa. Każdy z nas może przecież znaleźć się w takiej sytuacji jak bohaterowie wymyśleni przez autorkę.
Dorota Gąsiorowska porusza w niej wiele ciekawych, godnych uwagi tematów. Nie będę wam ich szczegółowo wymieniać, żeby nie zabierać przyjemności z lektury. Są emocje, jest wzruszająco i nostalgicznie.
"Opowieść błękitnego jeziora" to powieść, w której między kartami zostało schowane bardzo ważne przesłanie. Nie odkładajmy rozmów z najbliższymi nam osobami na później. Tym bardziej tych trudnych i zawierających bolesne wspomnienia. Wybaczanie błędów, złych decyzji posiada w sobie ogromną moc, która niesie ze sobą ukojenie i wyczekiwany spokój. 
Akcja w książce toczy się przed świętami Bożego Narodzenia i w powietrzu czuć już atmosferę tych wyjątkowych dni. Mamy śnieżne zaspy, na sklepowych witrynach migoczą kolorowe lampki. Nie ma tu przesytu jak w innych tego typu powieściach. Osobiście urzekły mnie wstawki dotyczące ozdób, którymi dawniej były strojone domy. Bardzo ciekawe były również informacje na temat ludowych tradycji. 
Z każdej strony unosi się aromat czekolady. Czytając warto przygotować sobie kubek tego jakże pysznego gęstego napoju z dodatkiem korzennych przypraw i kleksem bitej śmietany. Miłośnicy wszelkiego rodzaju czekoladowych słodkości będą w pełni usatysfakcjonowani. 
Trochę się rozpisałam, ale inaczej się nie da. "Opowieść błękitnego jeziora" to książka na temat, której można mówić i pisać bez końca. Oczywiście w samych superlatywach. Serdecznie zachęcam was do lektury tej powieści. Jestem pewna, że spędzicie z nią przyjemnie czas i pokochacie Bukową Górę tak jak Sonia. 

POLECAM 
MOJA OCENA 8/10















 

piątek, 22 listopada 2024

ZŁOTY SEN (Recenzja)

Autor: Grażyna Jeromin-Gałuszka
data wydania: 19 maja 2015
liczba stron: 440
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 











"Złoty sen" to moje pierwsze spotkanie z prozą Grażyny Jeromin-Gałuszko. Urzeczona pięknym okładkowym zdjęciem nie mogłam przejść obojętnie obok tej książki. 

Willa, której właścicielką jest ekscentryczna Lili, była kiedyś popularnym pensjonatem wśród kuracjuszy. Józefa, pomoc domowa też miała co robić. Teraz w każdym z pokoi słychać tylko głuchą ciszę. Wszystko ulega zmianie w chwili gdy do drzwi willi zapukała Ada, która po kilku latach wróciła do miejsca, gdzie razem z mamą spędzała każde wakacje. 
Ponoć ma kochającego męża, wiedzie szczęśliwe życie, więc skąd ten nagły przyjazd? Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. 
Dziewczyna w trakcie swojego pobytu dostrzega, że madame w dalszym ciągu nie odzywa się do Arlety, Józefa nadal używa w kuchni tylko soli i pieprzu, a Kalina nie została wielką gwiazdą. Jej wakacyjna przyjaciółka miała ku temu predyspozycje, ale złe decyzje doprowadziły ją do życiowego upadku. Dziewczyna potrzebowała natychmiastowej pomocy. 
Lili, Ada, Kalina i Józefa - cztery fantastyczne kobiety, które zostały zdane na siebie. W pewnym momencie dochodzą do wniosku, że życie jednak nie jest takie złe. 

Jaką rolę w tym wszystkim odegrał Wiktor, który wrócił po piętnastoletniej emigracji do kraju?
 
Przeczytałam do końca książkę, ale niestety nie podbiła mojego czytelniczego serca. Pomysł na fabułę autorka miała bardzo dobry, ale wykonanie trochę nie wyszło. W moim odczuciu wkradł się w nią zbyt duży chaos. Winna temu jest dość liczna grupa bohaterów, którzy byli wprowadzani bez jakichkolwiek informacji o danej postaci. Skutkowało to tym, że nie wiedziałam kto jest kim. Dopiero z czasem pojawiało się  więcej charakterystyki, a lektura była bardziej płynna. Jednak ja wolę, gdy od razu wiem o kim czytam. 
Chwilami odczuwałam dość duże znużenie. Tak naprawdę w tej historii nic się nie dzieje, co by mnie jakoś zaciekawiło. Akcja toczy się w ślimaczym tempie, brak chociażby jednego ciekawego obrotu wydarzeń. Przygnębiający i dołujący nastrój, jaki panuje w  powieści jeszcze bardziej mnie zniechęcał. 
Chyba najciekawszą postacią w całej tej historii była Klarysa, na temat której było tak mało. Wszyscy uważali ją za wariatkę. Nikt nie brał pod uwagę, że coś takiego miało miejsce naprawdę. Do momentu gdy poznaje Wiktora. Mężczyzna nawiązał ze staruszką bardzo dobry kontakt i świetnie się ze sobą dogadywali. Ten wątek spodobał mi się najbardziej i żałuję, że nie został szerzej przedstawiony. 
Nie wiem jak to wyglądało w przypadku innych czytelników, ale ja szybko spostrzegłam się dlaczego Ada tak nagle pojawiła się w wilii. Co ją do tego skłoniło. Przewidywalność w książce to nic dobrego i niestety psuje całą przyjemność z poznawania jej treści. 

Klimatyczna szata graficzna, ciekawy zarys fabuły to troszkę za mało, żeby dana powieść mnie urzekła. Dla mnie najważniejsze jest wnętrze, a w przypadku "Złotego snu" było nijakie, mdłe i bez charakteru. Zabrakło mi tutaj takiej małej iskry, dzięki której coś jednak zacznie się dziać

POLECAM 
MOJA OCENA 


MIŁOŚĆ Z ODZYSKU (Recenzja)

Autor: Malwina Ferenz
data wydania: 23 czerwca 2021
liczba stron: 456
wydawnictwo: Filia
 









"Miłość z odzysku" to moje drugie spotkanie z prozą Malwiny Ferenz. Pierwsze było jak najbardziej udane, więc z chęcią zapoznałam się z kolejną jej powieścią.

Pan Staszek, pracownik wrocławskiego kuratorium klikając "wyślij" na komputerze nie zdawał sobie sprawy z tego, jak dużego narobi ambarasu. Przez pomyłkę urzędowe pismo trafia na biurko dyrektora nie tej podstawówki co trzeba. Anatola trochę zdziwiła jego treść, ale jak zawsze do wszystkiego podchodzi w sposób profesjonalny. Tak było i tym razem. 
Kto by przypuszczał, że zwykły papierek może w jakimś stopniu odmienić czyjeś życie. On i urocza blondynka, którą miał okazję poznać raczej nie brali czegoś takiego pod uwagę.
Okazuje się, że los jednak potrafi nas miło zaskoczyć, gdy już tracimy na to jakiekolwiek nadzieje. 

Ależ to było fajne. Wydaje mi się, że to określenie pasuje idealnie do tej historii. "Miłość z odzysku" to lekka, prosta i co najważniejsze, optymistyczna powieść. Mimo tego, że zawiera w sobie trudne i ważne tematy. 
Ze względu na ogromną dawkę humoru, lektura tej książki zapewniła mi świetną rozrywkę. Bawiłam się przy niej wybornie poznając losy bohaterów, którzy zostali wykreowani przez autorkę w bardzo ciekawy sposób. Szczególną uwagę warto zwrócić na grono pedagogiczne. Jak ja bym chciała chodzić do szkoły, w której uczą tacy nauczyciele. Razem stworzyli szalenie barwną grupę, z siostrą Anastazją na czele, która podbiła moje czytelnicze serce. 
Anatol, pełniący rolę dowódcy całej tej belferskiej ferajny to bardzo intrygująca osobowość. Daleko mu do ostrego i budzącego strach wśród uczniów pana dyrektora. Zawodowo świetnie sobie radzi. Jeśli chodzi o kwestie osobistą, jest samotnym ojcem dwunastoletniej Otylii. Oboje przeżyli trudne chwile w swoim życiu. On stracił żonę, ona mamę. Nastolatce trudno jest się z tym pogodzić. Swoje myśli przelewa na karty pamiętnika, którego strzeże jak oka w głowie. 
Barbara , to wspomniana wcześniej urocza blondynka, którą Anatol miał okazję poznać w trakcie rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Po pierwszej rozmowie wydała mu się mądrą, inteligentną kobietą,  która mocno go zaciekawiła. Jednak z drugiej strony ma wątpliwości, czy nadszedł już ten moment, żeby móc zacząć zapisywać nową czystą kartę. 
Barbara jest po rozwodzie i podobnie jak Anatol wychowuje dwunastoletniego nastolatka. Ze względu na sytuację rodzinną, w ich życiu zaszło sporo zmian. Coś takiego musiało wpłynąć na nich oboje, a szczególnie na Kamila. Nowe miejsce, nowa szkoła.
Brak akceptacji wśród rówieśników to jeden z tych poważniejszych wątków jaki został poruszony w książce.
Internetowy hejt to kolejny problem, z którym niestety trudno jest nam walczyć. Będąc anonimowym w sieci myślimy, że wszystko nam wolno. Przy okazji nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w ten sposób kogoś ranimy, poniżamy, gnębimy. Potem słyszymy o tragediach, próbach samobójczych itp.  Nie każdy jest twardy psychicznie i to zwyczajnie zignoruje. Super, że autorka pisze o tym w swojej książce.
Jesteście ciekawi o co chodzi z tym pismem z kuratorium? Otóż, ma to związek z 100-tną Rocznicą Odzyskania Niepodległości przez Polskę i organizowanym z tej okazji biegiem. Pod koniec lektury atmosfera zrobiła się bardzo podniosła. Pomysł z tego typu wydarzeniem był świetny, tym bardziej, że wzięli w nim udział przedstawiciele różnych organizacji. 
Całość czyta się naprawdę dobrze. Duża czcionka, prosty język, rewelacyjne poczucie humoru autorki, ciekawi bohaterowie,  interesujące wątki, no i piękny jesienny Wrocław. Czy trzeba czegoś więcej? Według mnie wszystko jest tutaj spójne i zachęca do zapoznania się z tą historią. Jedynie mogę przyczepić się do szaty graficznej, która nie pasuje do treści, a ja lubię gdy te dwa elementy współgrają ze sobą. 

Jeśli szukacie lekkiej, odprężającej książki, która odgania ponure myśli i pokazuje, że warto w pewnych sytuacjach zaryzykować to "Miłość z odzysku" będzie idealną propozycją. 

POLECAM 




piątek, 25 października 2024

CÓRKA ZIEMI (Recenzja)

Autor: Dorota Gąsiorowska
data wydania: 26 lipca 2023
liczba stron: 519
wydawnictwo: Znak Literanova










"Córka Ziemi" to pierwszy tom cyklu "Córki Żywiołów" autorstwa Doroty Gąsiorowskiej. Po książki tej autorki mogę sięgać w ciemno mając stuprocentową pewność, że będzie to smakowita literacka uczta. Czy tym razem też tak było?

Weronika jest cenioną rzeźbiarką. Ze zwykłego kamienia potrafi stworzyć coś wyjątkowego. Umiejętność wsłuchiwania się w odgłosy natury znacznie jej to ułatwia. 
Maks, właściciel pałacu położonego w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej wychodzi do niej z propozycją rekonstrukcji posągu Frei, nordyckiej bogini miłości i magii. 
Weronika przyjmuje zlecenie, mimo, że od pewnego czasu towarzyszy jej dziwny niepokój. Ukończone dzieło ma stanąć w przyhotelowym ogrodzie, ale niewiadomo kiedy nastąpi jego oficjalne otwarcie ze względu na ludzkie szczątki znalezione w pobliskiej studni. 

Uwielbiam twórczość Doroty Gąsiorowskiej, i dlatego z wielką przyjemnością rozpoczęłam lekturę jej kolejnej książki. Już sama delikatna okładka idealnie współgrająca z wnętrzem, przyciąga do siebie czytelnika. Nie mówiąc już o intrygującym opisie fabuły. 
Akcja w powieści rozgrywa się w dwóch ramach czasowych. Współczesność dotyczy trzydziestodwuletniej Wiktorii. Dziewczyna posiada niebywały talent, który doceniany jest na całym świecie. Na co dzień mieszka w domku po babci blisko Ojcowskiego Parku Krajobrazowego. Kocha naturę i zwierzęta. Sama niedawno została właścicielką dwóch kotów, przyjaźni się też z pustułką. Dla niektórych może się to wydawać dziwne. Jak przystało na dobrą i wrażliwą osobę nikomu nie odmawia pomocy. Przekonała się o tym nastoletnia Zuzia. 
Od pewnego już czasu nie tworzy na zamówienie, ale dla oferty Maksa zrobiła wyjątek. Duży wpływ na jej decyzję miały rozmowy z Felicją, babcią mężczyzny, i to, w jaki sposób czuła się będąc w pobliżu pałacu. Bez wątpienia, coś musiało przed laty wydarzyć się w tym miejscu. 
Za sprawą dwunastoletniej Frei przenosimy się w czasie. Dziewczynka razem ze swoją mamą mieszka w chacie w otoczeniu leśnych drzew. Gdy nie pomaga przy produkcji ziołowych naparów i lekarstw spaceruje swoimi utartymi szlakami w towarzystwie zwierzęcych przyjaciół. 
Niestety choroba zabiera najważniejszą osobę w jej życiu. Została sama i od teraz pałac staje się jej domem. Na skutek pewnych wydarzeń z eleganckiej komnaty zostaje przeniesiona do małego pokoiku w wieży. 
Która z bohaterek bardziej przypadła mi do gustu? Trudno mi jest jednoznacznie stwierdzić, bo obie wniosły coś od siebie do tej opowieści. Gdybym jednak musiała dokonać wyboru, chyba bardziej zaciekawiły mnie losy Frei. Historię dziewczynki owiewa baśniowy klimat. Unosi się nad nią niezwykła aura, która niejednokrotnie  powodowała gęsią skórkę na moim ciele. Chwilami robi się mrocznie i ze strachem śledzimy poczynania dwunastolatki.
U Weroniki jest znacznie spokojniej. Chociaż i tutaj z czasem robi się interesująco. Tajemnica goni tajemnicę, a ona nieoczekiwanie została w to wszystko wciągnięta. Jej do tej pory zwyczajne życie singielki i rzeźbiarki z dnia na dzień bardzo się zmieniło. 

Dorota Gąsiorowska bez wątpienia potrafi w efekty paranormalne. Zjawy, duchy, dziwne odgłosy, czarne kruki. Nie mówiąc już o mistrzowskich opisach przyrody dzięki którym przenosimy się do baśniowej krainy. Las w różnych odsłonach, mokradła, gęsta mgła, pałacowe zakamarki. Moja wyobraźnia wręcz wariowała. 
Autorka pokazuje nam, jak duży wpływ na nasze samopoczucie ma obcowanie z naturą.  Miłość do zwierząt to też ważna kwestia jaka została poruszona. Nasi bracia mniejsi niejednokrotnie stają się najlepszymi przyjaciółmi, powiernikami trosk i sekretów. Nie zdradzą, nie kłamią, są nam wierni do ostatnich chwil życia. Dlaczego z ludźmi nie zawsze tak jest? Warto się nad tym dłużej zastanowić.  
Akcja toczy się dość wolno, ale bieg wydarzeń nie pozwala na przerwanie lektury. A dzieje się, i to dużo. Trzymający w napięciu wątek kryminalny jest bardzo mocnym punktem powieści. Nie brakuje w niej również romantyzmu, a dotyczy to teraźniejszości jak i czasów przeszłych. 
"Córka Ziemi" działa na czytelnika jak magnez. Przyciąga i kusi swoją treścią. Metafizyczność, którą czuć aż do samego końca, nietuzinkowi i wyraziści bohaterowie. Oczarowujący nastrój, który sprawia, że szybko można zatracić się w tej opowieści. W moim odczuciu jest to jedna z lepszych książek autorstwa Doroty Gąsiorowskiej. 
Jesień sprzyja lekturze właśnie takich historii, więc jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości, to mam nadzieję, że ta opinia pomoże wam podjąć odpowiednią decyzję. 

POLECAM 
MOJA OCENA 8/10






 

niedziela, 20 października 2024

PIĘKNA MIŁOŚĆ (Recenzja)

Autor: Wioletta Sawicka 
data wydania: 5 marca 2019
liczba stron: 584
wydawnictwo: Prószyński i S-ka














Baśka i Michał tworzą zgrane i bardzo kochające się małżeństwo. Ona jest architektem, on zawodowym żołnierzem. Razem kroczą przez życie marząc o własnym domu i gromadce dzieci. W każdej sytuacji mogą liczyć na pomoc ze strony swoich przyjaciół. 
Z dnia na dzień stają się właścicielami zniszczonego siedliska w bardzo urokliwym miejscu. Stan budynków wymagał szybkiego remontu, co wiązało się z dość dużymi kosztami. Są kredyty, ale i to może nie wystarczyć.
Michał podejmuje trudną decyzję nie mówiąc wcześniej o tym swojej żonie. Wiedział, że będzie przeciwna jego wyjazdowi na misję do Afganistanu. Tak też było. Zdecydował się na taki krok nie tylko ze względów finansowych, ale przede wszystkim po to, żeby sprawdzić samego siebie. 
Po miesiącu od wyjazdu Michała, do Baśki dociera tragiczna wiadomość...

O mamuniu! Cóż to była za książka. Liczy sobie ponad 500 stron, a ja ją przeczytałam w ciągu trzech wieczorów. Taki wynik nie zdarza mi się zbyt często, więc coś o tym świadczy. 
Historia Baśki i Michała nie zaczyna się w jakiś wyjątkowy sposób. Poznajemy dwoje zakochanych w sobie ludzi, którzy są szczęśliwi i z radością witają wspólnie każdy kolejny dzień. Mają swoje plany, marzenia. Pracują, spotykają się z przyjaciółmi. 
Wioletta Sawicka na kartach swojej książki pokazuje nam jak szybko to nasze życie potrafi się zmienić.  Idylla w jednej sekundzie przeobraża się w niewyobrażalną rozpacz, ból i tęsknotę. 
Los bywa czasami wobec nas bardzo okrutny. Zadajemy sobie wtedy pytanie: dlaczego akurat JA?
To co spotkało główną bohaterkę mocno chwyciło mnie za serce. Baśki nie da się nie lubić. Zawsze tryskała energią, z jej twarzy nie schodził uśmiech. Spełniała się również zawodowo. Miała swoje kompleksy, ale Michałowi w niczym to nie przeszkadzało. Kochał ją taką, jaką jest. Była to "piękna miłość", która niestety nie zdarza się zbyt często. 
Czy po czymś takim można jeszcze normalnie żyć? Jak zaakceptować to, co się stało? Autorka uświadamia nas, że jednak coś takiego jest możliwe. Oczywiście przy pomocy najbliższych oraz terapeutów, bo samemu jest znacznie trudniej. Tym bardziej, że nie było to jedyne traumatyczne wydarzenie w życiu naszej głównej bohaterki. O co dokładnie chodzi tego wam nie zdradzę. 
Tak po ludzku było mi żal tej biednej dziewczyny. Nikomu nie zrobiła krzywdy, żeby los tak mocno ją doświadczył. 

Czytając tę książkę nie sposób się nie wzruszyć. Emocji jest tutaj ogrom, które zostają w człowieku na długo. Miłość gra w tej historii pierwsze skrzypce, ale mamy w niej również obraz pięknej przyjaźni, o którą w dzisiejszych czasach jest bardzo trudno. 
Problemy jakie zostały w niej poruszone mogą dotknąć każdego z nas, co czyni książkę jeszcze bardziej interesującą, a przede wszystkim życiową. Kilka ciekawych zwrotów akcji sprawiło, że z trudem odrywałam się od lektury. Zostałam zaintrygowana w jakim kierunku to wszystko się potoczy. Czy Baśka da radę i wstanie na nogi? Czy ponownie otworzy swoje serce na nową miłość? 
Mimo trudnej tematyki całość czyta się lekko i szybko. Warto mieć przy sobie coś do notowania, bo nie brakuje w niej cytatów i sentencji wartych zapamiętania. 
Polecam wszystkim tę jakże piękną. Mnie urzekła już od pierwszej strony. 

POLECAM 
MOJA OCENA 8/10




niedziela, 13 października 2024

TAM, GDZIE SERCE TWOJE (Recenzja)

Autor: Krystyna Mirek 
data wydania: 13 marca 2019
liczba stron: 350
wydawnictwo: Filia











Krystyna Mirek to jedna z popularniejszych polskich pisarek. Jej książki cieszą się ogromną popularnością wśród fanów literatury obyczajowej. "Tam, gdzie serce twoje" to jedna z nich z którą spędziłam kilka październikowych wieczorów. 

W końcu to zrobiła. Laura po 10 latach małżeństwa zdobyła się na odwagę i odeszła od męża. Uczyniła to po cichu gdy odsypiał kolejny ciężki dyżur. Z jedną walizką i psem wsiada do samochodu sąsiada i wyrusza w drogę. Sopot, to tam ma zamiar powoli zacząć odbudowywać swoje dotychczasowe życie. 

Długie jesienne wieczory sprzyjają czytaniu. W tym czasie wybieram książki lekkie, ale z przesłaniem przy których mogę odpocząć i odsunąć od siebie wszystkie złe myśli. Na coś takiego byłam nastawiona biorąc do ręki "Tam, gdzie serce twoje". 
Wraz z Laurą, główną bohaterką przeniosłam się z Krakowa do Sopotu. Z pewnością jesteście ciekawe dlaczego główna bohaterka zdecydowała się na taki krok? Miała ku temu swoje powody. Patrząc z boku na to jak żyła, nie jedna z nas mogłaby jej tego wszystkiego pozazdrościć. Przystojny i wykształcony  mąż u boku, wspaniały dom, brak kłopotów finansowych. Wszystko to, co zewnętrzne wyglądało bajkowo. Wewnątrz niestety było zupełnie inaczej. Kto był temu winien? Oczywiście Laura, żadnej innej opcji nie było. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo cierpi. Początki jej małżeństwa z Pawłem nie wskazywały na to, że pojawi się między nimi aż tak poważny kryzys. Wszystko zaczęło się od chwili, gdy zaczęto mówić o dziecku. 
Problem z zajściem w ciążę dotyka wielu kobiet. W takiej sytuacji potrzebują wsparcia i troski. Laura tego nie miała. Presja jaka została na nią rzucona niszczyła ją od środka. Nikt nie brał pod uwagę tego, że z jej mężem może być coś nie tak. W końcu Paweł jest chodzącym ideałem. Zawodowo odnosi same sukcesy, ma piękną żonę, dom. Wychowanie i ojcowskie rady przyniosły odpowiedni skutek. Chyba jednak nie do końca. 
Czekałam aż mąż Laury wreszcie przejrzy na oczy i coś z tym wszystkim zrobi. Wykona ten jeden, ale jak bardzo ważny krok. Wkurzała mnie bardzo jego obojętność wobec żony, którą kochał. Nie ma ku temu żadnych wątpliwości. Słuchał się ojca w każdym aspekcie i całkowicie mu się podporządkował. Wiele mu zawdzięczał, ale są jakieś granice. Jego matka też nie miała prawa głosu. Jedna osoba rządziła całą rodziną i miała z tego olbrzymią satysfakcję. 
Laura wykazała się dużą odwagą decydując się na tak ryzykowne zmiany. W jednej chwili została z niczym, ale nie miała zamiaru się poddać. Trzymałam za nią kciuki, bo zasługiwała na szczęście i wszystko co najlepsze. W małym sopockim pensjonacie spotkała ludzi, dla których los, tak jak i dla niej nie był zbyt łaskawy. Wśród obcych poczuła się lepiej, odzyskała radość z życia i wiarę w siebie. 
Postać Alberta, miejscowego poławiacza bursztynów też wniosła dużo pozytywów. Początek ich znajomości nie należał do przyjemnych, ale z czasem pojawiła się między nimi nić porozumienia, która przeobraziła się w przyjaźń. 

Całość czyta się lekko i przyjemnie. Zawarte w tej opowieści wątki i tematy zostały przedstawione przez autorkę w ciekawy sposób. Tego typu problemy mogą dotknąć każdego z nas i dlatego historia Laury jest tak bardzo życiowa. Zawiera w  sobie wiele dobrego i cennego. "Tam, gdzie serce twoje" to książka, która pokazuje, że warto walczyć, chociaż czasami sprawia nam to wiele bólu i cierpienia. Gdzieś za rogiem czeka na nas szczęście tylko musimy być silni. Nie można się poddawać. 
Jeśli lubicie nadmorskie klimaty w literaturze to z pewnością będziecie zadowoleni. Krystyna Mirek za pomocą opisów oddała piękno Sopotu. Chciałabym na żywo zobaczyć dom Alberta, a szczególnie wyjątkowy kominek. No i bursztyny, które odgrywają tutaj bardzo ważną rolę. 
Jesteście ciekawi jak potoczyły się losy Laury oraz pozostałych bohaterów? Zachęcam was do lektury "Tam, gdzie serce twoje". Nie jest to dzieło wysokich lotów, ale na pewno warto zwrócić na tę książkę swoją uwagę. Szczególnie polecam ją osobom, które znajdują się obecnie na ostrym zakręcie życiowym. Może te kilka stron przyniesie wam ulgę, spojrzycie na świat inaczej i na waszych twarzach wreszcie pojawi się uśmiech, a w oczach iskra nadziei. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10













poniedziałek, 7 października 2024

STROICIELKA DUSZ (Recenzja)

Autor: Aldona Bognar
data wydania: 22 sierpnia 2018
liczba stron: 352
wydawnictwo: W.A.B











"Stroicielka dusz" to powieść dzięki, której po raz pierwszy miałam styczność z twórczością Aldony Bognar. Nie powiem, ale bardzo zaintrygował mnie jej tytuł. Stroić można siebie, mieszkanie, instrumenty, ale o duszy to ja jeszcze nie słyszałam. 

Julita, Łucja, Dagmara i Eliza - cztery obce sobie kobiety. Różni je wiele rzeczy, począwszy od wieku, wyglądu, sposobu bycia. Kończąc na sytuacji życiowej i problemach z którymi przyszło im się zmierzyć. Okazuje się jednak, że jest coś, co łączy je ze sobą. Cała czwórka od czasu do czasu udziela się na forum internetowym adresowanym do kobiet. To właśnie na nim pojawia się tajemnicze ogłoszenie stroicielki dusz do harmonii wszechświata.

Jeśli myślisz, że literatura obyczajowa to tylko takie pitu-pitu o niczym, szybko zmienisz swoją opinię po lekturze tej powieści. Jestem tego pewna. 
Mnie już kilka początkowych stron wbiło w fotel, nie mówiąc już o tym co działo się ze mną, gdy byłam mniej więcej w połowie. "Stroicielka dusz" rozbiła mnie totalnie.  Autorka na papier przelała prawdziwe życie i uczyniła to w sposób tak genialny, tak fantastyczny, że nie mam słów. Przecież taką Julitą, Łucją, Dagmarą lub Elizą możesz być ty, twoja przyjaciółka, ktoś z rodziny lub obca kobieta, którą spotkasz na ulicy, a ty nie masz o tym pojęcia. 
Nie będę szerzej przedstawiać naszych wspaniałych bohaterek, bo tym sposobem zabiorę wam przyjemność z samodzielnego ich poznawania w trakcie czytania tej niebywale realistycznej opowieści. Każdy kolejny rozdział podporządkowany jest jednej z kobiet, dzięki temu możemy indywidualnie się z nimi zaznajomić. Strona po stronie dowiadujemy się o nich coraz więcej. Kim są, gdzie pracują, czy mają swoje rodziny i z czym tak naprawdę muszą się zmierzyć. A tych problemów i trosk niestety nie jest mało. 
Ból i tęsknota po stracie bliskiej osoby. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że coś takiego nie dotyka tylko dorosłych, ale także dzieci. Taki wątek pojawił się w książce i mocno chwycił mnie za serce. Aldona Bodnar nakreśliła go z ogromną dozą czułości, wrażliwości i empatii. 
Brak wiary w siebie i własne możliwości. Jest to dość powszechne, ale jak wiemy nic nie dzieje się bez przyczyny. W naszym życiu coś musiało się wydarzyć, że mamy o sobie takie zdanie. Słowa krytyki kierowane w naszą stronę też nie są tutaj bez znaczenia.  
Ocenianie innych po pozorach. Lubimy to robić, szczególnie anonimowo. Jak się okazuje, gdy bliżej poznamy tą drugą osobę, możemy się miło zaskoczyć. 
"Stroicielka dusz" to ogrom ważnych i trudnych tematów, z którymi warto się zapoznać.
Cała nasza dzielna babska czwórka postanowiła zaryzykować i odwiedziła tytułową stroicielkę. Każda z kobiet przeżyła spotkanie na swój sposób, otrzymując kartkę z krótkim tekstem. Zinterpretowanie tych kilku zdań nie było dla nich łatwe, ale wspólnymi siłami przy (niedobrej) kawie okazało się znacznie prostsze. 
Do jakich wniosków doszły, czy te spotkania miały jakikolwiek sens. Kim tak naprawdę jest ta cała stroicielka? Nie odpowiem wam na te pytania, zachęcam za to do lektury. Pochłonie was ta książka tak jak mnie. Osobiście polecam czytać ją powoli, rozdział po rozdziale. Została napisana lekkim i przestępnym językiem, więc z pewnością miło spędzicie przy niej czas. Wulgaryzmy? Są, ale chyba właśnie taki zamysł miała autorka. Po prostu nie gryzie się w język tak jak jedna z bohaterek. Nie ma co ukrywać, ale my też w pewnych sytuacjach soczyście rzucamy sobie przysłowiowym "mięskiem", prawda?
Jeśli szukasz ciekawie napisanej książki, która zawiera w sobie wiele ważnych przesłań i emocji to "Stroicielka dusz" będzie dla ciebie idealna. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10




 

poniedziałek, 30 września 2024

JESIEŃ W KOLORZE SYROPU KLONOWEGO (Recenzja)

 

Autor: Anna Chaber
data wydania: 23 sierpnia 2023
liczba stron: 376
wydawnictwo: Czwarta Strona











Jak przystało na stuprocentową "jesieniarę" obok książki "Jesień w kolorze syropu klonowego" Ani Chaber nie mogłam przejść obojętnie. Nie tracąc czasu, szybko zrobiłam sobie aromatyczną herbatę w ulubionym kubku, coś do przegryzienia i rozpoczęłam lekturę. 

Lena, po tym co zrobił jej chłopak spakowała najpotrzebniejsze rzeczy do walizki, prowadzenie firmy powierzyła swojej przyjaciółce i wyjechała na taki trochę dłuższy urlop do...Kanady. Czeka tam na nią ciocia, z którą dawno się nie widziała. 
Szukając wolnego miejsca w jednej z kanadyjskich kawiarni przysiada się do tajemniczego mężczyzny. Z czasem okazuje się, że jest nim Jonathan Price, znany dziennikarz z najbardziej roztańczonymi biodrami w kraju. 
Bieg wydarzeń sprawia, że niespodziewanie Lena zostaje jego asystentką i ma mu pomóc w pracy nad książką. 
Wszystko wreszcie zaczyna się układać, do momentu w którym przeszłość daje o sobie znać. 

Właśnie takiej książki potrzebowałam. Lekkiej z niespiesznie poprowadzoną fabułą, która nie wymaga od czytelnika skupienia. Zapewniła mi świetny relaks i chociaż przez chwilę nie myślałam o problemach.  No i jesień w tle, której od pewnego czasu szukam w literaturze obyczajowej. 
Ania Chaber niewątpliwie ma talent do pisania "jesieniarskich" historii. W piękny sposób pokazuje nam tę porę roku, która nie wszystkim kojarzy się w miły sposób. Razem z Leną odbyłam fascynującą podróż po jesiennej Kanadzie siedząc sobie wygodnie w fotelu. Jej oczami widziałam te wszystkie piękne krajobrazy i miejsca, które warto było uchwycić za pomocą aparatu. Autorka poprzez opisy ukazała ich wyjątkowość i urok. Gdyby poproszono mnie o wybór jednego z nich byłaby to maleńka wyspa, Toronto Islands na której Lena odkryła zakątek z domkami w rustykalnym stylu. Oczywiście warto wspomnieć o aspekcie kulinarnym, który został smakowicie przedstawiony. 
"Jesień w kolorze syropu klonowego" to nie tylko spadające kolorowe liście, wyrzeźbione dynie na Halloween i upieczony indyk na Święto Dziękczynienia. Książka zawiera w sobie znacznie więcej i jest to niestety mniej przyjemne oblicze. Ania Chaber porusza w niej ważne tematy, które wymagają od nas uwagi. Z pewnością zalicza się do nich nękanie i stalking. W dzisiejszych czasach trudno jest nam żyć bez internetu. Korzystamy z niego służbowo, jak i dla rozrywki, ale co niektórzy używają go również w celach zabronionych przez prawo. Kilka łyków alkoholu i beztroska zabawa jak się okazuje czasami może źle się skończyć. W tym miejscu warto poruszyć temat zaufania. Jeśli chodzi przyjaciółkę Leny, miałam co do niej od samego początku dużo wątpliwości. W pewnym momencie zaczęła gubić się w tych swoich intrygach i kłamstwach. 
Trudne relacje rodzinne to wątek, który dotyka Jonathana i jego ojca. Człowieka wpływowego, wymagającego i zimnego jak lód.  Jego kariera polityczna zanim się zaczęło już się skończyła i to z winy własnego syna. Jonathan jest dziennikarzem, który nie ucieka przed prawdą, wręcz przeciwnie. Zawsze stara się ukazać to, co powinno być pokazane innym. 

Lena i Jonathan stworzyli bardzo interesujący duet. Poznali się w dość nietypowych okolicznościach, różnią się od siebie nie tylko narodowościowo, ale jak wiemy, przeciwieństwa przyciągają się do siebie. Ich relację można porównać do puzzli. Element po elemencie, aż w końcu naszym oczom ukarze się ukończone dzieło, które nas zachwyci. Trzymałam za nich oboje mocno kciuki bo po prostu zasłużyli na szczęśliwe życie oraz miłość. Taką prawdziwą i piękną. Z dala od blasku fleszy i nieżyczliwych spojrzeń. 

"Jesień w kolorze syropu klonowego" to było moje drugie spotkanie z prozą Ani Chaber i śmiało mogę napisać, że chcę więcej. Pierwszą książką było "Zaproś mnie na Pumpkin Latte" więc jesienny vibe autorki jest mi dobrze znany, i dlatego z chęcią zapoznam się z historią w innym klimacie. Jestem pewna, że też będzie ciekawie i intrygująco. 
Jeśli są na sali "jesieniary" to nie ma co zwlekać tylko bierzcie się za czytanie "Jesieni w kolorze syropu klonowego". Tym bardziej, że ta pora roku obecnie rządzi za naszymi oknami. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10

czwartek, 26 września 2024

DZIEWCZYNA ZE SŁONECZNIKIEM (Recenzja)

Autor: Aleksandra Rak 
data wydania: 15 czerwca 2022
liczba stron: 320
wydawnictwo: Dragon











Książkę "Dziewczyna ze słonecznikiem" udało mi się znaleźć w trakcie jednej z wizyt w bibliotece. Zaciekawiona opisem fabuły rozpoczęłam swoją przygodę z tą powieścią. 

Łucja pracuje w Mikołowskim Domu Kultury i prowadzi tam warsztaty dla dzieci. Na jednych z zajęć pojawia się Kacper w towarzystwie Bonia, swojego najlepszego przyjaciela. Mężczyzna jest synem znanego artysty i wykładowcy na ASP. Sam też maluje.
Bonio coraz śmielej zbliża się do nowo poznanej dziewczyny. Jest wolny, w przeciwieństwie do Kacpra. Zauroczony urodą Łucji wychodzi do niej z nietypową propozycją. Otóż chce żeby jej wizerunek znalazł się na okładce płyty zespołu, w którym gra. Obraz ma namalować...Kacper. Praca nad dziełem nieoczekiwanie zbliża ich do siebie. 

Niech was nie zwiedzie sielski klimat na okładce, bo nie ma go tutaj ani odrobiny. Jest za to historia, która pozytywnie mnie zaskoczyła i wciągnęła już od pierwszej strony. Po prostu przepadłam i z trudem odrywałam się od lektury. 
Łucję polubiłam od razu. Mamy ze sobą dużo wspólnego, więc nie mogło być inaczej. Ja też prowadziłam takie warsztaty dla dzieci. Szybko można zauważyć jak bardzo kocha swoją pracę, z jaką pasją przygotowuje się do zajęć. Uwielbiamy również umilać sobie długie jesienne wieczory. 
Łucja jest młodą dziewczyną z sercem na dłoni. Bije od niej niebywały optymizm. Z każdej, nawet tej najtrudniejszej sytuacji znajdzie jakieś wyjście. Nie zbawi całego świata, ale zawsze służy pomocą i słowem wsparcia. 
Kolejną ciekawą postacią jest Kacper. Utalentowany mężczyzna z dobrego domu. Posiada niebywały talent, który powinien rozwijać. Szczycić się nim przed innymi pokazując na wystawach swoje prace. Niestety radość z tworzenia została mu w skuteczny sposób odebrana. Uczyniła to osoba, dzięki której przyszedł na świat. 
W najtrudniejszych momentach swojego życia zawsze mógł liczyć na Bonia, którego nie sposób nie lubić. Miły, sympatyczny chłopak kochający muzykę. 
Cała trójka bohaterów została wykreowana przez autorkę w bardzo realistyczny sposób. Są szalenie prawdziwi. Każda z postaci posiada swoje dobre i złe strony. Codziennie rano wstają żeby stoczyć kolejną walkę z różnego rodzaju problemami. Jak wiemy, czasami o wygraną jest bardzo trudno,  trzeba posiadać w sobie ogromne pokłady siły i samozaparcia. Niestety bywają w naszym życiu takie momenty, w których wolimy się poddać, niż stanąć do kolejnej bitwy. 
Aleksandra Rak na przykładzie Kacpra chce nam pokazać jak bardzo słowa mogą ranić drugiego człowieka. Wypowiadane z ust najbliższej nam osoby bolą jeszcze bardziej. Temat przemocy psychicznej nie jest mi obcy, i dlatego ten wątek wzbudził we mnie wyjątkowe emocje. Trudno jest zrozumieć jak można w ten sposób traktować własne dziecko i żonę. Przed innymi udaje się kochającego ojca i męża, a w domu rządzi dyktatura. Czegoś takiego nie da się racjonalnie wytłumaczyć. 
Trzymałam za Kacpra i jego mamę mocno kciuki. Czułam, że oboje w końcu postawią się tyranii jaka zapanowała w ich domu. W jaki sposób tego dokonali tego oczywiście wam nie zdradzę. 

"Dziewczyna ze słonecznikiem" to książka, która powinna trafić w ręce każdej jesieniary. Łucja kocha wszystko co jest związane z tą porą roku. Począwszy od aromatycznych herbat, kończąc na zupie dyniowej. Nawet w deszczu widzi pozytywy. Dzięki niej inaczej spojrzymy na zmiany, które niebawem urzeczywistnią się za naszymi oknami. 
Aleksandra Rak podarowała swoim czytelnikom coś naprawdę pięknego i chwytającego za serce. Jest to historia na wskroś życiowa, która posiada w sobie ogromną dawkę różnego rodzaju emocji. Jest tutaj wszystko, co powinno znaleźć się w bardzo dobrze napisanej książce. Jedynie do czego mogę się przyczepić, to do kilku literówek. Radzę wam zapisać ją już teraz na swoje listy. 

PS. Mam nadzieję, że autorka napisze do niej dalszy ciąg. 







 

SMAŻONE ZIELONE POMIDORY (Recenzja)

Autor: Fannie Flagg
data wydania: 11 października 2021
liczba stron: 448
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 











Bestseller, kultowa, miliony sprzedanych egzemplarzy, powieść wszechczasów. Przyznam się wam, że widząc takie napisy na książkowych okładkach odczuwam lęk. A nóż nie będę zachwycona lekturą tak jak i inni, i co wtedy? Coś takiego mnie dopadło biorąc do ręki "Smażone zielone pomidory" autorstwa Fajnie Flagg.

Evelyn odwiedzając swoją teściową w Domu Spokojnej Starości spotyka Ninny. Przez przypadek staje się słuchaczką opowieści dotyczącej życia nowo poznanej kobiety. Dzięki niej przenosi się do Alabamy i kawiarni w której serwowane są przepyszne smażone zielone pomidory. 

"Smażone zielone pomidory" to książka, która wzbudza skrajne emocje. Jedni są nią zachwyceni, drudzy wręcz przeciwnie. Ja niestety należę do tej drugiej grupy. 
Nie przekonała mnie do siebie ta historia. Przeskoki w czasie strasznie mnie drażniły. Nie było w tym żadnej chronologii, i dlatego miałam problem z połapaniem się o co w tym wszystkim chodzi. Do tego trzeba dorzucić dość sporą liczbę bohaterów. Z czasem nie wiedziałam kto jest kim, i tym samym gubiłam wątek. Trudno mi było ich polubić. Wyjątek stanowi postać Ninny, kobiety która mimo swojego wieku i problemów ze zdrowiem tryska optymizmem. 
Irytowało mnie zachowanie Evelyn. Menopauza menopauzą, ale według mnie była jakaś taka dziwna. Jej przemyślenia na temat jajek, i postać Towandy walczącej z całym złem tego świat to najlepsze przykłady. Aż się chciało krzyknąć: Ogarnij się w końcu! 
Zawiera w sobie ważne wątki i tematy, ale i tak moja opinia nie ulegnie zmianie. Już od samego początku nie było między nami przysłowiowej chemii. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy jej nie odłożyć. Dobrnęłam jednak do końca. 
Tak na marginesie czeka na mnie druga część tej historii i wierzę mocno, że będzie to zdecydowanie lepsza lektura. 
 

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

RZECZY, KTÓRYCH NIE DOKOŃCZYLIŚMY" (Recenzja)

Autor: Rebecca Yarros 
data wydania: 12 kwietnia 2023
liczba stron: 544
wydawnictwo: Filia 











Książki, w których pojawia się wojenna tematyka nie należą do moich ulubionych, ale dla kilku zdarzyło mi się zrobić wyjątek. Do tego jakże zacnego grona od pewnego czasu należy powieść Rebecci Yarros "Rzeczy, których nie dokończyliśmy". Było to moje pierwsze spotkanie z prozą tej autorki. 

Georgia po śmierci Scarlett Standon, swojej prababci, i jednocześnie autorki poczytnych romansów stała się prawowitą spadkobierczynią jej twórczości. To właśnie ona odkryła, że jedna z książek nie posiada zakończenia. Teraz musi podjąć decyzję czy zostawić ją w nienaruszonej formie? Być może ukochana prababci właśnie tego by chciała. Czy jednak zgodzić się na zatrudnienie najbardziej aroganckiego pisarza jakiego znała. Noah Harrison, bo o nim mowa, liczy na to, że Georgia przyjmie jego propozycję. 

"Rzeczy, których nie dokończyliśmy" to powieść, która z pewnością jest warta uwagi. Chociaż ja czuję lekki niedosyt. Nie oceniam jej źle bo na to nie zasługuje, ale nie do końca wszystko mi się w niej podobało.
Szybko można zauważyć, że akcja toczy się dwutorowo. Czas przeszły dotyczy Scarlett Standon, młodej dziewczyny pracującej w WAAF (żeńskiej służbie pomocniczej w siłach powietrznych Wielkiej Brytanii) i Jamesona, pilota RAF-u. Z czasem ich znajomość przerodziła się w wielką i wyjątkową miłość, której towarzyszyła wojenna zawierucha. Z zapartym tchem śledziłam ich losy. Autorka przedstawiła ten wątek w piękny i szalenie emocjonalny sposób. Jest wzruszająco, nostalgicznie, intymnie, chwilami dramatycznie. 
Inaczej wygląda to w przypadku czasów współczesnych, w których główne role odegrali Georgia i Noeh. W tym przypadku ciężko napisać o jakichkolwiek emocjach, bo ja ich niestety nie odczułam. Byli, bo byli i tyle. W sumie mogłoby ich w ogóle nie być. Chwilami coś tam zaczęło się dziać, ale nie trwało to długo. Georgia jest kobietą po przejściach i odczuwa strach przed zaufaniem drugiej osobie. Noah ma zamiar te obawy zniwelować.  Wielka szkoda, że autorka nie skupiła swojej uwagi na szerszym przedstawieniu historii Scarlett i Jamesona.
Tak jak wspomniałam, książka nie jest zła, jednak posiada w sobie jeden mankament, który miał duży wpływ na to w jaki sposób ją odebrałam. 
Jeśli chodzi o aspekt techniczny nie mam do czego się przyczepić. Język jest prosty i przyjemny w odbiorze. Stylowo też jest poprawnie. Bardzo ciekawym posunięciem było wplecenie w główną treść motywu książki w książce, w ten sposób Rebecca Yarros pokazuje, że pisanie to nie jest taka łatwa sprawa jak nam się wydaje. Autor swoje, wydawnictwo swoje i tym sposobem trudno jest dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Jeszcze gorzej gdy w grę wchodzą pieniądze, i to duże. 
Bez wątpienia mocnym punktem w całej tej historii jest jej zakończenie, które pozostawia czytelnika w dużym szoku. Kilka ostatnich stron przeczytałam w błyskawicznym tempie. Miałam przeczucie, że autorka czymś nas zaskoczy, i nie myliłam się.

"Rzeczy, których nie dokończyliśmy" to książka, która jednym może się podobać, inni będą mieli odmienne zdanie na jej temat. Czy jest to romans wszech czasów? Chyba nie. Moim zdaniem jest to literatura obyczajowa, ale z tej górnej półki. Oczywiście polecam wam tę powieść, a ja z chęcią sięgnę w przyszłości po inne pozycje spod pióra Rebecci Yarros. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10



 

niedziela, 14 lipca 2024

PEWNEGO RAZU W WENECJI (Recenzja)

Autor: Magda Knedler
data wydania: 12 lipca2023
liczba stron: 368
wydawnictwo: Mando











Ostatnio mam szczęście do książek w których akcja toczy się we Włoszech. "Pewnego razu w Wenecji" Magdy Knedler to trzecia z kolei taka historia. Jest to również moje pierwsze spotkanie z twórczością tej pisarki. 

Janek i Anna tworzą parę zakochanych w sobie studentów. Dzięki rodzicom dziewczyny mogą się cieszyć z małej, ale własnej kawalerki. Na parapetówce, którą wspólnie zorganizowali pojawia się Wiola, ich sąsiadka. 
Mężczyzna od dłuższego już czasu obserwuje nieznajomą kobietę, która coraz bardziej zaczyna go fascynować. Anna pochłonięta nauką niczego nie dostrzega w zachowaniu swojego chłopaka. 
Po obronie mieli razem wyjechać do Wenecji, aby móc odpocząć i spędzić ze sobą więcej czasu, ale niestety plany musiały ulec zmianie. 
Nieoczekiwanie Jankowi w podróży będzie towarzyszyć Wiola. Oboje wchodząc do pociągu nie zdawali sobie sprawy z tego, że ich życie po powrocie już nigdy nie będzie takie samo. 

Początek "Pewnego razu w Wenecji" może sugerować lekką historię, w wakacyjnym klimacie, ale im dalej zagłębimy się w treść szybko odczujemy, w jak dużym byliśmy błędzie. 
Jest to mocno życiowa opowieść o ludziach pogubionych, tęskniących za szczęściem i prawdziwą miłością. Opiera się głównie na ich emocjach, odczuciach, wydarzeniach z przeszłości. Janek, Anna, Wiola, każda z tych postaci jest inna. Różnią się charakterami, sposobem bycia, statusem społecznym. Cała ta trójka została wykreowana przez autorkę w sposób, który nie wszystkim może przypaść do gustu. Momentów, w których drażniło mnie ich zachowanie było dość sporo, a najbardziej wkurzał mnie Janek. Kochał Anię, ale jak sam mówił, niewystarczająco. Z drugiej strony trwał dalej z nią w związku. Robił to z przymusu, z obowiązku, a może bał się samotności? Miałam spory problem ze zrozumieniem podejmowanych przez niego decyzji. Życie dało mu mocno w kość i na pewno wszystkie te przeżycia musiały w jakimś stopniu odbić się na jego psychice. 
Za to Ania miała wszystko. Nie musiała się o nic martwić, jedynym jej zadaniem było ukończenie studiów ku uciesze rodziców. Gdzie w tym wszystkim była ona sama, jej marzenia, cele? Czy coś takiego można nazwać szczęściem? 
Wiola też nie miała łatwo. Rozpad związku z mężczyzną, którego kochała był dla niej trudnym momentem w życiu. 
Jest to fikcja literacka, ale patrząc z boku coś takiego może przytrafić się każdemu z nas. Realizm tej powieści zasługuje na słowa uznania. Pochwały należą się również za język i styl. Książka została napisana mądrze, dojrzale, z dużą dawką kunsztu pisarskiego. Nie brakuje w niej wątków i tematów trudnych, ważnych społecznie o których czasami boimy się lub wstydzimy mówić. 
Ze względu na to, że nie ma w niej fabuły pędzącej niczym pendolino i zaskakujących zwrotów akcji lektura może trwać trochę dłużej. Wszystko toczy się tutaj w swoim czasie oraz rytmie. 
Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o miejscu akcji. Wenecja to nie tylko wodne kanały, gondolierzy i maski karnawałowe. Dzięki tej książce czytelnik inaczej spojrzy na to piękne włoskie miasto. Zastało przedstawione przez aktorkę w piękny, wyjątkowy sposób. 
"Pewnego razu w Wenecji" to literatura obyczajowa, ale taka bardziej ambitniejsza. Dla mnie osobiście książka jest zbyt pesymistyczna i dołująca, ale i tak uważam, że warto zwrócić na nią swoją uwagę chociażby ze względu na samą Wenecję. 

POLECAM 
MOJA OCENA 6/10