czwartek, 5 marca 2015

ASHFORD PARK ( Recenzja )

Autor: Lauren Willig
data wydania: 11 czerwca 2013
liczba stron: 432
wydawnictwo: Amber











Chyba jeszcze nie miałam w swoich dłoniach książki, której okładka została udekorowana taką ilością pochlebnych rekomendacji. Pozwolę sobie zacytować fragment jednej z nich:
"[...]Ta książka zmienia czytelnika. Willig wnika w głąb duszy swoich bohaterów, żeby pokazać tragedię, triumf i głębię miłości. A także usiłuje znaleźć odpowiedź na ponadczasowe pytanie: jak szokujące sekrety rodzinne sprzed lat mogą wpłynąć na nasze życie i zmienić je na zawsze". ( Romantic Times Book Reviews ). 
Czy poczyniła zmiany we mnie? Może tak, a może nie :-), ale za to bardzo zaciekawiły mnie, jakie to tajemnice czytelnik będzie mógł odkryć w trakcie czytania książki...A do tego jeszcze ten afrykański klimat. 

Niespełna sześcioletnia Adeline, traci w jednej chwili oboje rodziców. Możemy sobie tylko wyobrazić co czuje w takim momencie małe dziecko. Już nigdy więcej dziewczynka nie będzie mogła usiąść na ojcowskich kolanach. Nigdy więcej nie dostanie matczynego całusa na dobranoc. Na szczęście ominie ją zakwaterowanie w sierocińcu. Pieczę nad Adeline przejmie lord oraz lady Ashford. Pierwsze chwile, pierwsze godziny w nowym miejscu bywają trudne, nawet dla dorosłego człowieka. Dziewczynka mogła liczyć, w tym nie łatwym dla siebie okresie na wsparcie udzielone przez siedmioletnia kuzynkę - Beatrice. Stały się sobie bardzo bliskie, niczym jak siostry...Ale czy tak naprawdę była szczęśliwa? To jej kuzynka była zawsze na pierwszym miejscu. Adeline natomiast zajmowała ostanie miejsce w szeregu, traktowana była jak przysłowiowe "piąte koło"...
Z czasem łączące je relacje zaczęły się urywać, aż do zupełnego przerwania...

Jeden dość nieprzyjemny incydent sprawił, że ich drogi rozeszły się w przeciwnych kierunkach. Adeline postanawia pozostać w Londynie i podjąć pracę w jednym z wydawnictw. Natomiast Beatrice wyrusza ze swoim mężem do Kenii, gdzie na afrykańskiej ziemi prowadzą farmę kawy. Staje się również matką dwóch dziewczynek.
Obie kobiety dzieli 6 lat gdy widziały się po raz ostani. Zapewne sądziły, że już nigdy więcej nie będą miały okazji żeby ze sobą porozmawiać. Do czasu gdy Adeline otrzymuje list z kenijską pieczątką na kopercie, który w swej treści zawiera śladowe informacje. Ale jedno zdanie spowodowało w głowie kobiety spory zamęt:

"Przyjedź. Bez ciebie zupełnie się pogubiłam. Bea" ( s. 12)

Chyba, żadna z nas nie zignorowałaby takich słów, które tworzą pełne dramaturgii zdanie. Adeline nie zastanawia się ani chwili i wyrusza w podróż. Jednocześnie pozostawi narzeczonego oraz swoją pracę...I teraz warto zadać sobie pytanie, czy nie zapłaci za to zbyt dużej ceny...

W tym miejscu zacytuję jeszcze jeden fragment okładkowej rekomendacji:
"To pięknie opowiedziana historia dwóch niezwykłych kobiet na tle całego XX wieku..." I z tym stwierdzeniem nie mogę się zgodzić. Bo w książce pojawia się jeszcze ktoś bardzo interesujący. Trzecia kobieta o imieniu Clementine (Clemmie ). Trzydziestoczteroletnia wnuczka Adeline, która pracuje w kancelarii adwokackicej. Obecnie przechodzi trudny okres w swoim życiu, który spowodowany jest problemami sercowymi. Gdy pojawia się na 99-tych urodzinach swojej babci nie przeczuwa, że ten dzień zostanie na długo w jej pamięci. Stosunki, które łączyły wnuczkę z babcią były wyjątkowe. Zawierały w sobie ogromne pokłady ciepła i miłości. Tym bardziej kobietą wstrząsnął stan zdrowia staruszki. Otumanienie w którym się znajduje, powoduje, że w pewnej chwili zwraca się do Clemmie wymawiając inne imię: Bea. Kobieta domyśla się, że nie było to spowodowane jedynie lakami, tylko z jakiegoś konkretnego powodu pomyliła ją z kimś innym. Postanawia to wyjaśnić. Rozpoczyna osobiste śledztwo w czasie którego na jaw wychodzą rodzinne tajemnice. Najgorsze jest to, że o wszystkim wiedziała jej matka oraz ciotka...

Książka składa się z dwóch części, które podzielone są na rozdziały. Każdemu rozdziałowi przypisana jest odrębna data oraz miejsce akcji. Podtytuły w bardzo fajny sposób ułatwiają czytelnikowi wgłębianie się w treść książki, bo dzięki temu nie pogubi się w wirze wydarzeń...

"Ashford Park" to powieść pełna tajemnic i rodzinnych sekretów, które z biegiem czasu  wychodzą na jaw. A do tego kobiece bohaterki, które spełniają w książce bardzo znaczące role. To na nich swoją szczególną uwagę skupiła pisarka. Świetnie połączyła ze sobą dwa wątki: obyczajowy i historyczny. I właśnie ten specyficzny klimat dawniejszych epok spowodował, że czytanie książki było dla mnie czystą przyjemnością...Chociaż czasy współczesne również zostały nakreślone w sposób interesujący.
Tak się składa, że podróżniczka ze mnie kiepska. Niestety duży wpływ ma na to moja sytuacja finansowa, oraz choroba lokomocyjna. Ale od czego są książki, prawda. Odbyłam cudowną podróż do kraju, w którym raczej  nie będę, chociaż nigdy nic nie wiadomo :-).  Fragmenty, w których autorka poruszyła temat Afryki, zrobiły na mnie kolosalne wrażenia. Poczułam się tak, jakbym tam była. Słyszałam ryk lwa, stąpałam po suchych i spalonych promieniami słonecznymi trawach...Nawet się troszkę opaliłam :-). Uczestniczyłam w safari, w którym tak naprawdę za strachu nie wzięłabym udziału...
Jeśli chodzi o wątek miłosny, z którym mamy do czynienia w książce, może spowodować, że inaczej spojrzymy na uczucia którymi nawzajem się obdarzamy. Czy kochamy szczerze i prawdziwie, a może to tylko takie zwykłe zauroczenie...Gorzej gdy takie wątpliwości zaczną nas trapić już po zawarciu małżeństwa. Tak było w przypadku Frederica, który poślubił kobietę, której nie kocha...Miłość to odpowiedzialność za drugiego człowieka...Czasami może zranić w taki sposób, że na zawsze poczujemy do niej wstręt...

Czy ta książka mnie zmieniła? Chyba tak, ale jak bardzo tego nie wiem...Przekonam się o tym może za kilka dni, miesięcy albo lat....Ale jednego jestem pewna, że kłamstwa i sekrety i tak ujrzą  światło dzienne, więc czy warto milczeć?...Bo potem takie milczenie może obrócić się przeciwko nam...

Miałam przyjemność czytać różne recenzje na jej temat, ale ja osobiście wolę przekonać się na własnej skórze czy książka jest warta uwagi, a może wręcz przeciwnie...I jaki wysunęłam wniosek po przeczytaniu "Ashford Park" ? Z czystym sumieniem mogę zapewnić, że czytając tę powieść nie będziecie się nudzić -).


POLECAM
MOJA OCENA 8/10












niedziela, 1 marca 2015

PODSUMOWANIE LUTEGO









"Idzie luty, podkuj buty", tylko zanim człowiek się obejrzał, to drugi miesiąc nowego roku już sobie poszedł. Czas leci błyskawicznie...

Luty jest troszkę krótszym miesiącem od pozostałej jedenastki, ale to raczej nie wpłynęło na ilość książek, które udało mi się przeczytać. Wydaje mi się, że większy wpływ na to miała ich grubość. Każda z nich liczyła sobie więcej niż 300 stron, a było ich w sumie 6. Najgrubszą książką był "Kolekcjoner" Nory Roberts: 624 strony. A pozycją, która znalazła  się w grupie tych najcieńszych było "Czarne tango" Leny Osskarson: 327 stron. Podsumowując, udało mi się przeczytać: 2741 stron. Wynik bliski styczniowemu rezultatowi .
Tym razem podróżowałam po Ameryce Północnej, a dokładniej zwiedzałam Nowy York. Wpadłam również na wizytę do Włoch, a także spacerowałam wśród szwedzkich mgieł. Nie mogę zapomnieć o uroczej wsi - Bartnica. Gdzie mi się najbardziej podobało? Wybieram cudowny klimat Italii. I właśnie "W stylu Valentine" jest tą książką, która skradła moje czytelnicze serce. Urzekła mnie bardzo historia rodzinnego zakładu obuwniczego oraz postać głównej bohaterki. Za wszelką cenę walczyła o to, żeby uratować miejsce pracy, które było tak dla niej ważne. Fajnie czytało mi się również książkę Renaty Adwent "Rok na końcu świata". Są w życiu takie momenty, że chciałoby się zniknąć, stać się niewidzialną osobą. Albo zwyczajnie ukryć się i w ciszy wszystko sobie poukładać choćby nawet gdzieś na końcu świata...Czy to jest ucieczka od problemu? Wydawałoby się, że tak, ale nie podchodźmy do tego zbyt emocjonalnie...
Jeśli chodzi o książkę, która najmniej przypadła mi do gustu, to  może najlepszym wyjściem byłoby spuszczenie w tej chwili kurtyny milczenia. Bo chyba wszystko co złe na temat tej książki napisałam w swojej recenzji, a jest nią "Czarne tango". 

Tak oto wyglądał mój czytelniczy miesiąc LUTY. Podsumowanie nie jest długie, bo nie chce was zanudzać.:-). Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić Was w magiczny świat literatury :-) 

czwartek, 26 lutego 2015

ROK NA KOŃCU ŚWIATA ( Recenzja )

Autor: Renata Adwent
data wydania: 20 marca 2013
liczba stron: 376
wydawnictwo: Feria














"Sny to w końcu przewodnik i królewska droga do nieświadomości, obraz naszego potencjału, może alternatywna ścieżka naszego życia - to wszystko czego nie wybraliśmy. Czy ja dobrze wybrałam? To pytanie nie opuściło mnie ani po wyjściu z łazienki, ani przy śniadaniu, ani w drodze do pracy..." (cyt. s. 9).

Czy ja dobrze wybrałam? To pytanie zadaje sobie każda z nas gdy zdecyduje się na poważny związek z mężczyzną. Czy to jest właśnie ten mój wymarzony książę z bajki? Czy będę z nim szczęśliwa? Czy razem ze sobą będziemy szczęśliwi? A tak naprawdę warto zadać sobie jeszcze jedno bardzo ważne pytanie: Czy ja jestem już emocjonalnie gotowa na taki związek?
Dorosłe życie we dwoje to nie jest już dziecięca zabawa w dom, która nagle nam się znudzi i zaczniemy bawić się w coś innego. Tylko niestety bywa tak, że ta nuda może się nieoczekiwanie wkraść. Każdy dzień wygląda tak samo. Czujemy strach przed stabilizacją, pragniemy czegoś więcej, zwykłej inności. Brakuje nam powietrza, samo otwarcie okna na oścież niestety nie wystarczy. Strach potęguje również rozmowa na ten temat z ukochaną osobą. Nie wiemy przecież jak zareaguje...A najgorsze jest to, że może dojść do niekontrolowanego wybuchu. Konsekwencji takiej eksplozji również nie da się przewidzieć. Może najlepszym wyjściem w takiej sytuacji będzie milczenie, ale czy tak na dłuższą metę się da?
Boimy się tej rozmowy, do takiego stopnia, że szukamy ratunku w ucieczce od tego problemy. Wolimy zaszyć się gdzieś, gdzie nikt nas nie znajdzie...I właśnie z taką ucieczką mamy do czynienia w książce Renaty Adwent.

Główną bohaterką książki jest trzydziestoletnia Rita. Rano otwiera sklepik z pamiątkami w którym pracuje. Natomiast wieczorem wraca do mieszkania, gdzie czeka na nią ukochany Mikołaj ( z zawodu lekarz) oraz głębia aromatów wydobywająca się z kuchni. Ale kobieta nie do końca czuje się szczęśliwa. Sama nie potrafi określić czego tak naprawdę chce. Niby niczego jej nie brakuje, więc powinna skakać z radości. Jednocześnie zaczyna zastanawiać się nad sensem miłości. Czym ona tak naprawdę jest i jak wygląda...
Któregoś dnia przeglądając pocztę natrafia na tajemniczą kopertą z kancelarii notarialnej. Jej zawartość sprawia, że nie informując o niczym Mikołaja, pakuje walizki i wyjeżdża w poszukiwaniu odpowiedzi na zadane sobie pytania...i sensu dalszego życia u boku ukochanego...

"Miłość! Jednym daje powody do radości, innym do płaczu, więc coś tu nie gra. Nie może być równoznaczna ze szczęściem i unoszeniem się 5 centymetrów nad podłogą z samego rana. I właśnie dlatego ruszam na poszukiwanie szczęścia, radości i spokoju, bez miłości..."(cyt. s.60). 

Punktem docelowym staje się mała mieścina - Bartnica Nowa. To właśnie tam znajduje się chatka, którą Rita dostała w spadku po zmarłej ciotce. Aby dostać nieruchomość na własność musi spełnić jeden, ale za to bardzo ważny warunek - zamieszkać tam na okres jednego roku...

Będąc już na miejscu odkrywa siebie na nowo. Dostrzega jakie popełniła błędy, że to strach przed rozmową z Mikołajem doprowadził ją tam, gdzie obecnie się znajduje. Przechodzi wewnętrzną metamorfozę i to bez kozetki u psychologa. Najlepszymi terapeutami stają się mieszkańcy Bartnicy. Wydawałoby się, że na wsi nic się nie dzieje. Cisza spokój, piękne krajobrazy. Tylko słychać śpiew ptaków, żaby w stawie i nic więcej. A tu taka niespodzianka. Dzieje się, aż nadto. Rita na nudę narzekać nie może. Zaczyna wcielać w życie swój nowy projekt, jest nim HOTEL ZŁAMANYCH SERC. Stara się o dotację unijną w celu zdobycia funduszy na możliwość zorganizowania warsztatów artystycznych w PRACOWNI ARTYSTYCZNEJ POD ANIOŁAMI. Kto by pomyślał, że weźmie udział w KONKURSIE PIOSENKI LUDOWEJ razem ze swoją grupą przyjaciółek i jeszcze zdobędą główną nagrodę! Ale chyba taką wisienką na torcie był
PIORUN - AGENCJA DETEKTYWISTYCZNA.

Dużo tego, gdzie w tym wszystkim znaleźć czas na jakieś przemyślenia. Rita miała takich chwil bardzo wiele. Ciągle miała nadzieję, że nagle koło furtki zaparkuje samochód z Mikołajem za kierownicą. W głębi duszy bardzo zanim tęskniła...

Z tematyką, którą na kartach powieści poruszyła Renata Adwent spotykamy się w książkach bardzo często.
My kobiety, potrzebujemy czasami odpoczynku od otaczającego nas życia. Może się niektórym wydawać, że to taki babski kaprys. Ale taki wypad, gdzieś w nieznane może być lekiem na problemy dnia codziennego.  I nie musi to być zaraz wyjazd gdzieś daleko...Autorka w bardzo fajny sposób przedstawiła realia wiejskiej społeczności. Spełniać swoje marzenia można wszędzie, trzeba mieć tylko w sobie odpowiednie pokłady wiary, że się uda...
Cały ten wyjazd odmienił życie głównej bohaterki w taki sposób, że chyba ona sama czegoś takiego się nie spodziewała....

W powieści mamy do czynienia z różnym obliczem miłości. Nie tylko z tym pięknym i namiętnym, poruszony również został temat miłość trudnej. Basia, matka trzech cudownych dziewczynek, i jednocześnie żona alkoholika. Poznajemy także historię Małgorzaty, która jest nękana przez swojego chłopaka. Nie wolno nam zapomnieć o Ricie i jej rozterkach uczuciowych, z którymi się obecnie zmaga. Może przy tych dwóch jakże innych  przypadkach jej problemy to błahostka, ale ona również pragnie w końcu przekonać się czy uczucie, którym obdarzyła Mikołaja jest tym uczuciem, który spowoduje, że poczuje się szczęśliwą i spełnioną kobietą...

Szczerze mówiąc duży wpływ na wewnętrzną przemianę Rity mieli nie tylko ludzie, ale również otaczająca ją przyroda. Razem ze zmieniającymi się porami roku, zmieniała się Ona sama. Z szarej myszki, która bała się jakichkolwiek zmian stała się kobietą pewną siebie, wiedzącą czego chce...Pokazała, że samotna kobieta, która postanowiła zamieszkać na wsi również potrafi o siebie zadbać i da sobie radę w każdej sytuacji, nawet w tej najmniej oczekiwanej...O prowadzeniu własnego biznesu nie wspominając...

Niech nikt sobie nie pomyśli, że ta książka to takie zwykłe lekkie czytadło. Z jej treści można wynieść bardzo wiele. A przede wszystkim doprowadza nas do jednego bardzo ważnego wniosku, że czasami taka"ucieczka' może wyjść nam  zwyczajnie na dobre...

POLECAM
MOJA OCENA 8/10

niedziela, 22 lutego 2015

MODLISZKA ( Recenzja )

Autor: Irena Matuszkiewicz
data wydania: 8 stycznia 2013
liczba stron: 488
wydawnictwo: Prószyński i S-ka










"Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci...". Są to słowa przysięgi małżeńskiej, którą składa się ukochanej osobie patrząc jej prosto w oczy. W obecności rodziny, przyjaciół, a przede wszystkim przed Bogiem. Jest to chwila piękna i wzruszająca...Ale niestety życie pisze różne scenariusze. Dwoje ludzi, którzy zostali połączeni węzłem małżeńskim nagle stają sobie zupełnie obcy i wyruszają w drogę w przeciwnym kierunku...

Małżeństwo Mileny i Lucjana to zwyczajne małżeństwo. Ona wykonuje zawód protetyka, on prowadzi hurtownię budowlaną. Jeśli chodzi o sprawy finansowe, narzekać nie mogą. Radek, syn Mileny, obecnie student Politechniki Gdańskiej również nie przysparza jakiś wielkich problemów wychowawczych. Tworzą razem zgodną i szanującą się rodzinę.. Ale jak w każdej rodzinie bywają chwile, które zaliczyć można do tych mniej radosnych. W związku Mileny i Lucjana również pojawiają się lepsze i gorsze dni.
Ale chyba takiego dnia, to Milena się nie spodziewała...
Informacja o zdradzie jej męża pada na nią jak grom z jasnego nieba. Jeszcze większym szokiem jest dla niej dodatkowa  wiadomość, że Pan mąż spodziewa się potomka. Po 20-tu latach zdawałoby się szczęśliwego małżeństwa. Bo za takowe uważała je Milena, nagle jej ślubny wykonał skok w bok. Chyba nie ma nic gorszego dla kobiety, gdy jej miejsce u boku ukochanego zajmuje młodsza wiekiem. A co za tym idzie również atrakcyjniejsza...
Na szczęście małżonek posiada odrobinę uczciwości i przyznaje się do popełnionego czynu. Tylko z honorem już troszkę gorzej...Wydaje mu się, że nic się nie stało i w dalszym ciągu mogą tworzyć zgodne i szczęśliwe małżeństwo. A to się bidulek zdziwił...Nie zastanawiając się ani chwili Milena pakuje w walizki dobytek Lucjana i wystawia je za drzwi. Jednocześnie wyrzuca go ze swojego serca...

I co teraz? Załamać się i wpaść w depresję. Nic z tych rzeczy. W przypadku Mileny zdrada nie oznacza końca świata, a wręcz przeciwnie. Bardzo dobrze czuje się w skórze "wolnej" kobiety...Spełnia się zawodowo, rozpoczyna przygotowania do kursu na prawo jazdy...Żaden chłop w tym momencie nie jest jej do życia potrzebny. Ma swoje grono przyjaciółek, z którymi spotyka się na zebraniach klubu, o dość specyficznej nazwie "KWAK" - Klub Wciąż Atrakcyjnych Kobiet...Nie powiem, ale z chęcią bym do takiego klubu dołączyła...Nowa znajomość z Laurą Widacką przeradza się z kontaktów sąsiedzkich w bardziej przyjacielskie...Do tego syn ma dla niej fantastyczną wiadomość, że zostanie babcią oraz teściową...:-) Gdzie tu czas na jakieś rozmyślanie...

Gorzej z Lucjanem...Chyba "nowa" ukochana nie służy mężczyźnie...Sam wybrał dla siebie taki los, nikt go do zdrady nie zmuszał...

Wielkie brawa dla Pani Ireny, za to w jaki sposób przedstawiła historię zdradzonej kobiety. "Modliszka" to fantastyczny poradnik psychologiczny dla kobiet, które poczuły smak zdrady w swoim życiu. Nie warto płakać, załamywać się...Bierzcie przykład z Malwiny, tak zachowuje się mądra, silna i inteligentna kobieta. Bierze wszystko na klatę i idzie dalej...Ogromny plus dla autorki za to, że nie zapędziła Mileny na siłę w ramiona kolejnego mężczyzny. Chociaż jeśli chodzi o powodzenie u płci męskiej to kilku chętnych bardzo chciało mieć ją u swego boku...Ale na chwilę obecną to nie jest odpowiedni czas na zakochanie...Taką kobieta podjęła decyzję i jest z tego powodu szczęśliwa...
Gdy zaczęłam czytać książkę, zastanawiałam się o co chodzi z tą tytułową modliszką. Przecież to takie małe, niepozorne  zielone stworzonka. Ale w książce czytelnik będzie miał do czynienia z porównaniem tego owada z człowiekiem. A dokładniej z kobietą. Kobieta-modliszka to taki odpowiednik męskiego playboya. Wykorzysta i zostawi...Nie dba o uczucia mężczyzny, który traktowany jest jak przedmiot...
Jako pierwsza na mecie w wyścigu tytułowych "modliszek" pojawia się Irmina - nowa ukochana Lucjana...Dogania ją Laura Widacka...Trzecią na podium jest...,a nie powiem :-). Zdradzę tylko, że uczestniczek w wyścigu było kilka...Jedne były bardziej "modliszkowate", drugie troszkę mniej.

Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Zawiera w sobie duże pokłady optymizmu i wiary w lepsze jutro. Wywnioskować z niej można, że kobiety to nie jest taka słaba płeć...Drzemie w nas ogromna wewnętrzna siła. Trzeba dążyć do wyznaczonego sobie wcześniej celu, spełniać marzenia. Najlepszą terapią w trudnych życiowych momentach i co najważniejsze bardzo skuteczną są przyjaciele na których można zawsze polegać...
Przeczytałam powieść lotem błyskawicy. Spędziłam w jej towarzystwie kilka fantastycznych godzin...Tak naprawdę, chyba każda z nas ma coś w sobie z modliszki. Może trudno jest nam się do tego przyznać, albo skrzętnie to w sobie ukrywamy...albo po prostu o tym jeszcze nie wiemy, że posiadamy w sobie takie cechy...
Zachęcam do sięgnięcia po książkę Ireny Matuszkiewicz szczególnie panie, tak dla sprawdzenia siebie. A przede wszystkim warto poznać główną bohaterkę książki, kobietę która udowodniła, że można być z siebie dumnym. Nie wiem, jak ja bym się zachowała w podobnej sytuacji, ale wiem na pewno, że chciałabym zachować się w taki sposób w jaki uczyniła to Milena. Z godnością i z klasą...

POLECAM
MOJA OCENA 8/10