wtorek, 5 maja 2026

MIŁOŚĆ, WINO I MÓJ BYŁY (Recenzja)

Autor: Monika Hakowska
data wydania: 13 maja 2026
liczba stron: 352
wydawnictwo: Filia
 











RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Filia

Za sprawą książki "Miłość, wino i mój były" po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Moniki Hakowskiej. Klimatyczna okładka, ciekawy zarys fabuły, no i piękna Toskania - ja jestem na tak.
Powieść będzie miała swoją premierę 13 maja. 

Elena wraca z delegacji, ale zamiast powitania przez męża, czeka na nią na poczcie e-mail z pozwem rozwodowym w załączniku. 
Z pocieszeniem i pomocą przybywa Julia, jej najlepsza przyjaciółka, która ma dla niej propozycję nie do odrzucenia. Jest nią babski wyjazd do Toskanii, a dokładnie do ośrodka dla złamanych serc. 
Czekać tam na nich będzie wiele atrakcji, oraz przystojni Włosi. Wśród pensjonariuszy pojawia się Aleks, mężczyzna o tajemniczej osobowości. 

"Miłość, wino i mój były" to idealny przykład książki przy której można odpocząć i zapomnieć chociaż na chwilę o domowych obowiązkach. Jest to literatura obyczajowa z komediowym zacięciem. Ja bawiłam się przednio śledząc perypetie Eleny i pozostałych bohaterów. 
Nasza główna bohaterka nie miała tak naprawdę czasu na załamanie, po tym w jaki sposób została potraktowana przez własnego męża. My, kobiety potrafimy się wspierać, szczególnie jeśli chodzi o męskich drani. Bo z pewnością do tej grupy zalicza się mąż Eleny. Żeby nie mieć odwagi szczerze porozmawiać z żoną, tylko wysyłać e-maile? Kto to słyszał. On miał jeszcze czelność po czymś takim przyjechać za Eleną do Toskanii i prosić o wybaczenie! To prawda, że głupich nie sieją, oni sami się rodzą. Czułam, że dziewczyny tego tak nie zostawią, i zastosują odwet dużego kalibru. A gdy otrzymały dodatkowe wsparcie, to już nie ma przebacz. W tym przypadku kobieca pomysłowość i wyobraźnia nie ma granic. Oj działo się moje drogie. Z pewnością w trakcie lektury nie raz na waszych twarzach pojawi się uśmiech, a w głowie myśl, że dobrze mu tak. 
Aleks, cóż to jest za postać. Wszystkie kobiety wzdychają na jego widok. Przystojny, wysportowany, inteligentny, po prostu męski ideał. Do tego medialna gwiazda. Jego przybycie do ośrodka dla wszystkich było mocno zaskakujące, bo czego może szukać ktoś taki, w takim miejscu. Jego pierwsze spotkanie z Eleną odbyło się w dość nietypowych okolicznościach. Szybko można było zauważyć nić przyciągania między nimi. Jest tajemniczy, i ten fakt bardzo intryguje.
Pozostała grupa bohaterów została przez autorkę sympatycznie przedstawiona i nie sposób ich nie lubić. Szczególnie Enzo za jego podejście do życia.

Książka "Miłość, wino i mój były" pachnie rozmarynem i włoską kuchnią. Aż ślinka cieknie gdy czyta się o tych wszystkich pysznościach, i od razu nachodzi ochota na kawałek świeżo upieczonej focacci. Do tego kieliszek  wina, filiżanka aromatycznej kawy. Dla miłośników słodkiego też coś się znajdzie: cornetti  (rogaliki posypane cukrem pudrem lub po brzegi wypełnione kremem pistacjowym), crostata (krucha tarta z konfiturą brzoskwiniową i wiśniową). Nie mogło zabraknąć wzmianki na temat tradycyjnych włoskich lodów. Kubki smakowe pracują na pełnych obrotach. 
Razem z Eleną podziwiamy architekturę małych włoskich miasteczek, a jest ona wyjątkowa. Monika Hakowska bezapelacyjnie umie w opisy. W cudowny sposób za pomocą słów zobrazowała toskańskie krajobrazy, i klimat tego jakże pięknego zakątka. 
Całość oceniam jak najbardziej na plus, i to duży. Ja cudownie spędziłam czas czytając tę powieść. Została napisana z lekkością, kobiecym wdziękiem. Jest to idealna książkowa propozycja na zbliżające się wakacje lub relaks na leżaku. 
A gdyby tak wybrać się na wycieczkę do Włoch drogami Eleny?
Zachęcam was do lektury, i gwarantuję, że będziecie się świetnie bawić. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10


LAWENDOWY PORANEK (Recenzja)


Autor: Jude Deveraux
data wydania: 1 stycznia 2015
liczba stron: 392
wydawnictwo: Lucky










"Lawendowy poranek" to moje pierwsze spotkanie z prozą Jude Devereux.
Niespodziewany spadek, stary dom, do tego tajemnice, które przez lata nie zostały odkryte. Są to moje trzy ulubione motywy w literaturze, więc szybko rozpoczęłam swoją przygodę z książką. 

Jocelyn Minton była w nie małym szoku wsłuchując się w słowa wypowiadane przez prawnika. Ona, dziewczyna, która nigdy nie zaznała szczęścia, rodzicielskiej miłości nagle staje się właścicielką starej posiadłości. Będąc małą dziewczynką zaprzyjaźniła się z Edi, starszą kobietą, która pokazała jej, że świat nie do końca jest taki zły. To była piękna, wyjątkowa relacja, w której jak się okazuje, nie brakowało tajemnic i sekretów. 
Będąc już na miejscu poznaje dwóch kuzynów wiecznie rywalizujących ze sobą. Tym razem ich celem do zdobycia będzie...nowa mieszkanka Edilean Manor.
Ciekawi jaki będzie finał tego "pojedynku"? 

Relaks z książką, to coś co, sprawia mi dużo przyjemności po kolejnym ciężkim dniu. Powieść "Lawendowy poranek" jest do tego idealną propozycją. 
Wnętrze trochę przypomina historię o Kopciuszku Andersena. Tak jak dziewczyna z baśni, Jocelyn straciła matkę, ojciec związał się z inną kobietą, do tego dwie przyrodnie siostry, dla których jesteś nikim. To one są najpiękniejsze, najmądrzejsze. Chociaż jest zupełnie inaczej. Będąc małą dziewczynką spotkała na swojej drodze niezwykłą osobę, wróżkę, która istniała naprawdę. Towarzystwo Edi, jej ciepłe słowo, czułe gesty za którymi tak bardzo tęskniła były dla niej darem od losu. Dzieliła je duża różnica wieku, i Jocelyn brała pod uwagę to, że kiedyś jej najlepszej przyjaciółki po prostu nie będzie. Pozostanie poraz kolejny sama, ale tym razem będzie silniejsza wewnętrznie. Nie zaprzepaści tego, co Edi dla niej zrobiła. 
Tego, że podaruje jej w spadku dom, raczej nie brała pod uwagę. Niespodziewanie Jocelyn zamienia małe mieszkanko na posiadłość z duszą. Początkowo miała lekkie problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, ale z pomocą poznanych mieszkańców miasteczka, wszystko stało się znacznie łatwiejsze. Mogła liczyć na kobiece wsparcie, jak i ze strony płci przeciwnej. Romsey i Luck, dwaj kuzyni, rywalizujący ze sobą o wszystko. Pierwszy z nich jest prawnikiem, trochę zbyt pewnym siebie cwaniaczkiem. Natomiast drugi pracuje na terenie posiadłości jako ogrodnik. Jest skryty, i chwilami gburowaty. Obaj panowie są bardzo interesujący, swoim sposobem bycie, wyglądem przyciągają damskie spojrzenia. 
Jocelyn to bardzo ciekawie wykreowana postać, której nie sposób nie lubić. Trzymałam za nią kciuki, żeby w końcu poczuła się spełnioną, szczęśliwą kobietą u boku ukochanego mężczyzny. Czy będzie to któryś z kuzynów? A może wkroczy trzeci kandydat w konkury? Musicie sprawdzić sami.
Nie mniej interesującą bohaterką była Edi, na temat której początkowo było mało informacji, jednak  z każdą kolejną stroną dowiadujemy się o niej znacznie więcej. Cofamy się w czasie, a dokładnie do II wojny światowej. Na jaw wychodzą skrywane przez lata tajemnice, fakty, wydarzenia, które rzucają zupełnie inne światło jeśli chodzi o życie Edi. Emocji w tym wątku z pewnością nie brakuje.

Całość oceniam jak najbardziej na plus. Książkę czyta się z lekkością, płynnie. Mamy tutaj kilka elementów, z których powstała ciekawa, warta uwagi opowieść. Język jest prosty, styl również. 
Urzekł mnie klimat małego miasteczka, jego mieszkańcy. No i oczywiście stara, zabytkowa posiadłość którą z chęcią zobaczyłabym na żywo. 
Bardzo miło spędziłam czas przy lekturze tej historii. Wszystko jest w niej wyważone, akcja toczy się w swoim rytmie. Jest humor, nostalgia, wzruszenie. "Lawendowy poranek" to naprawdę dobrze napisana powieść obyczajowa. 





poniedziałek, 4 maja 2026

NAWŁOĆ JESZCZE NIE KWIETNIE ( Recenzja)

Autor: Agnieszka Kulig
data wydania: 12 czerwca 2024
liczba stron: 304
wydawnictwo: Filia











Za sprawą książki "Nawłoć jeszcze nie kwietnie" poraz pierwszy spotkałam się z twórczością Agnieszki Kulig 


Alina po śmierci ukochanego męża postanowiła diametralnie zmienić swoje życie. Sprzedała dom w stolicy, i przeprowadziła się na Podlaską wieś. Nie wszyscy potrafili to zaakceptować, ale ona nie miała zamiaru z niczego rezygnować. Czuła w swojej podświadomości, że była to słusznie podjęta decyzja.
Ból po stracie i tęsknota niszczy ją od środka, może w nowym miejscu, w końcu odzyska utraconą radość z życia. Uczyni to powoli, krok po kroku. 

O mamuniu, ależ to była cudowna historia. Ja już po przeczytaniu krótkiego opisu wiedziałam, że trafi prosto w moje czytelnicze serce. Jak przystało na fankę małomiasteczkowych, wiejskich klimatów nie mogłam postąpić inaczej, jak tylko szybko rozpocząć lekturę. No i przepadłam moi drodzy. 
Jak ja bym chciała wziąć przykład z głównej bohaterki i zamieszkać gdzieś z dala od miejskiego zgiełku w przytulnym domku z ogrodem. Zresztą kto by nie chciał? Oczywiście coś takiego ma swoje za i przeciw. Wady szczególnie są widoczne zimą, gdy śnieg i mróz potrafi mocno dokuczyć. Jak wiemy w małych społecznościach, każdy się z każdym zna. Czasami możemy zostać obgadani, stanowimy nowy temat do plotek, jednak w tym przypadku jest zupełnie inaczej. Alina w nowym miejscu czuła się bardzo dobrze. W każdej sytuacji mogła liczyć na pomoc i wsparcie nie tylko w postaci świeżych jajek od wolnych kurek i warzyw prosto z ogrodu. 
W tej kwestii wiódł prym pewien tajemniczy, bardzo przystojny Łukasz, który nieoczekiwanie pojawił się na jej drodze. Alina po śmierci męża unikała bliższego kontaktu z innymi mężczyznami. Nie miała takiej potrzeby, a przede wszystkim nie była na to gotowa. W głębi serca czuła, że to jeszcze nie ten czas, nie ten moment. Po prostu według niej na nowy związek było za wcześnie. Ciągle przed oczami widziała twarz Krzysztofa, byli małżeństwem przez dwadzieścia lat zanim zdarzył się ten przeklęty wypadek, który przekreślił, zniszczył to, co do tej pory zdołali wspólnie zbudować. I teraz, tak jakby nigdy nic ma pokochać kogoś innego? 
Żałoba niesie ze sobą olbrzymi ból, tęsknotę, smutek. Żeby ją przezwyciężyć potrzebny jest czas. Inni potrzebują go mniej, drudzy więcej. Sami musimy poczuć, że ta chwila właśnie nadeszła, i wrócić do normalnego życia. 
Antonina, miejscowa szeptucha, którą Alina miała okazję poznać chciała dobrze. Może robiła to w zbyt nachalny sposób, i nie brała pod uwagę, że dla kogoś może to być krępujące, lub zwyczajnie nie chce tego robić. Z drugiej strony czasami potrzebny jest taki ktoś, żeby w końcu otworzył nam oczy, bo zbyt długie tkwienie w marazmie też nie jest dobre dla naszej psychiki. 

Agnieszka Kulig stworzyła coś naprawdę wyjątkowego. Jestem ciekawa czy autorka ma tego świadomość? Ta opowieść jest niczym kompres na duchowe bolączki, otula jak miękki kocyk, pokrzepia i daje nadzieję. Sielskie klimaty zostały tutaj genialnie przedstawione. Czytając rozpływałam się w tych wszystkich opisach. Z każdej strony wydobywał się zapach traw, ziół, leśnych aromatów ściółki i igliwia. Z przyjemnością wsłuchiwałam się w ptasie trele, koncerty koników polnych. W wyobraźni mogłam skosztować jagód prosto z krzaka i malin otulonych promieniami słońca. Przytulałam się do drzew, moczyłam stopy w rzece. Razem z innymi kobietami wzięłam udział w spotkaniu z okazji Nocy Kupały, odwiedziłam wiejski festyn. Dzięki  zwierzakom to książka ma jeszcze większy urok. Po prostu rewelacja. Wszystko to zostało napisane lekkim, pięknym językiem. 
Uważam, że tego typu książki powinny być przepisywane na receptę. Takie historie są nam w dzisiejszych czasach bardzo potrzebne, żeby móc odpocząć, zapomnieć o kłopotach, przemieść się w miejsce, w którym poczujemy się dobrze. Gdzie ciszę zakłócają jedynie krople deszczu uderzając o parapet. 


 







wtorek, 7 kwietnia 2026

WSZYSTKO CO NAJLEPSZE

Autor: Danielle Steel 
data wydania: 1 stycznia 1993
liczba stron: 342
wydawnictwo: Księżnica










"Wszystko co najlepsze" to moje kolejne spotkanie z prozą Danielle Steel.

Dom-praca-dom. Tak wygląda codzienność Berniego, pracownika luksusowego domu handlowego. Brak życia prywatnego, a przede wszystkim uczuciowego zaczyna mocno mu doskwierać.
Na dodatek szef wysyła go do San Francisco, żeby nadzorował otwarcie nowej filii...

Mam duży sentyment do książek Danielle Steel. Czytałam je będąc nastolatką, i mimo upływu lat w dalszym ciągu lubię po nie sięgać. Jest to literatura kobieca, dla niektórych infantylna, zbyt prosta. No i co z tego, skoro ja świetnie się przy niej relaksuję, odpoczywam po ciężkim dniu. 
Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota na coś lekkiego, niezobowiązującego. Tak też było w przypadku książki "Wszystko co najlepsze". 
Zaciekawił mnie opis fabuły, z którego szybko można było wywnioskować, że dominującą postacią będzie mężczyzna. Ten fakt jeszcze bardziej zachęcił mnie do lektury, bo coś takiego nie zdarza się zbyt często. 
Bernie, to o nim mowa. Po kilku nieudanych związkach całkowicie oddał się pracy. Szczebel po szczebelku wspinał się po zawodowej drabince, aż w końcu zasłużył na awans, z którym wiązało się opuszczenie ukochanego Nowego Yorku. Co tu dużo mówić, nie był zadowolony z tego faktu, ale jak się okazuje, czasami tego typu sytuacje mogą obrócić się na naszą korzyść. W przypadku Berniego, zmiana miejsca zamieszkania zaowocowała poznaniem Liz i jej uroczej córeczki. Przypadkowe spotkanie stało początkiem czegoś naprawdę pięknego dla całej trójki. 
Niestety ich szczęśliwe, i pełne ciepła życie rodzinne zostaje w dramatyczny sposób przerwane.
Danielle Steel pokazuje nam w jak szybkim tempie nasza codzienność potrafi przeobrazić się w coś zupełnie innego. Przepełnionego rozpaczą, strachem, troską o najbliższą nam osobę. Ile człowiek potrafi wytrzymać, jak długo da radę ukrywać bezradność, łzy. Bernie jest przykładem mężczyzny bezgranicznie kochającego swoją żonę. Jego wrażliwość, opiekuńczość wobec małej dziewczynki, która nie była jego biologiczną córką, a potem także nad synem zasługuje na ogromne uznanie. Czytając tę książkę nie sposób się nie wzruszyć i na moment zatrzymać. 
Nasze życie bywa tak bardzo kruche, nie warto tracić czasu na kłótnie i spory. Cieszmy się każdą chwilą, spędzajmy jak najwięcej czasu z bliskimi nam osobami. 
 "Wszystko co najlepsze" to kolejna powieść w dorobku Danielle Steel, na którą warto zwrócić uwagę, tym bardziej, że nie jest to typowa opowiastka o wszystkim i o niczym. Zawiera w sobie ważne, trudne społecznie tematy dotyczące najmłodszych, i nie tylko. Fani twórczości tej pisarki będą z pewnością usatysfakcjonowani. Ja byłam. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10







piątek, 6 lutego 2026

GDYBYM CIĘ NIE KOCHAŁA (Recenzja Przedpremierowa)

Autor: Monika Wilgocka
data wydania: 21 luty 2026
liczba stron: 352
wydawnictwo: Filia









RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

"Gdybym cię nie kochała" to mój czytelniczy debiut jeśli chodzi o twórczość Moniki Wilgockiej. Książka jest kontynuacją "Jakby jutra miało nie być". 

Alicja po dziesięciu latach wybudziła się ze śpiączki. W trakcie jej pobytu w szpitalu dużo się wydarzyło. Informacje jakie do niej dotarły mocno nią wstrząsnęły, i dlatego postanowiła na pewien czas wyjechać nad morze, żeby w spokoju wszystko sobie przemyśleć.
Właścicielka pensjonatu w niekonwencjonalny sposób uświadamia jej jedną bardzo ważną rzecz. Po tym, co usłyszała z ust kobiety decyduje się na powrót do domu. 
Czy teraz w końcu będzie szczęśliwa? Czy ponownie da radę zaufać? 
No i co takiego skrywa pamiętnik jej najlepszej przyjaciółki? 

Zaciekawiła mnie ta książka, gdy tylko zobaczyłam wzmiankę na jej temat. Lubię tego typu historie - zagubiona kobieta, pensjonat na odludziu, wszystko owiane mgłą niedomówień i tajemnic. 
Z dużym zainteresowaniem rozpoczęłam lekturę z nadzieją, że będzie to coś wciągającego i emocjonalnego. 
Pierwszej części nie miałam okazji przeczytać, ale już po kilku stronach wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Tak naprawdę nie trzeba jej czytać, bo autorka pokusiła się o bardzo szczegółowe streszczenie. Dowiadujemy się, że główna bohaterka była bardzo długo w śpiączce. W tym czasie jej mąż związał się z inną kobietą, z którą prawdopodobnie będzie miał dziecko, jej własne są już prawie dorosłe, straciła obojga rodziców i najlepszą przyjaciółkę, stała się współwłaścicielką firmy. Trochę tego dużo jak na jedną osobę, po tak ciężkich zdrowotnych przeżyciach.
Jeśli chodzi o kwestię dotyczącą jej męża, Alicja po trochu próbowała zrozumieć Pawła, tym bardziej, że mogła nigdy się nie wybudzić. Dziesięć lat, to bardzo długo. On zdecydował się na nowy związek, chociaż w głębi serca dalej kochał swoją żonę. Dla obojga nie była to łatwa sytuacja, w której przyszło im się odnaleźć. Paweł dał czas Alicji, tak dużo ile potrzebowała. Cierpliwie czekał na ten jeden gest z jej strony. 
Czy postąpiła słusznie decydując się na wybaczenie? Czy podjęłaby inną decyzję gdyby nie kochała swojego męża?
Jak wiemy miłość ma wyjątkową noc, która przezwycięży wszystko.
Przez większość książki obserwujemy rodzinne życie Alicji i Pawła. Ta długoletnia rozłąka jeszcze bardziej zbliżyła ich do siebie, a uczucie między nimi wybuchło ze zdwojoną siłą. Cieszą się sobą, każdą spędzoną ze sobą chwilą, szczęściem swoich dzieci. Nawet relacja z teściową uległa poprawie. Jednak gdzieś w tym wszystkim jest ta druga porzucona kobieta, która jest zdolna do wszystkiego. 
Niestety z każdą kolejną stroną powieść coraz bardziej mnie nużyła. Miałam nadzieję, że wątek dotyczący pamiętnika zostanie szerzej przedstawiony, a został potraktowany przez autorkę po macoszemu. Czekałam na jakiś interesujący bieg wydarzeń, zwrot akcji, ale nic z tego. Zatrudniony detektyw prowadził swoje śledztwo w ukryciu. Wielka szkoda.
Pod koniec zaczęło się coś dziać, ale jak dla mnie było tego trochę za mało. 
Całość uratowały rezolutne dzieciaki Alicji i Pawła. Ich słowne utarczki nie raz mnie rozbawiły. Ocalona kura przed trafieniem do rosołu jest bezapelacyjnie moim numerem jeden. Jestem również bardzo ciekawa smaku kultowych wegańskich pierogów. Chyba nie były aż tak złe?
Co do zakończenia, autorka postanowiła podtrzymać swoich czytelników w niepewności, bo nastąpi ciąg dalszy tej historii. 



MOJA OCENA 7/10

środa, 14 stycznia 2026

SERCE NA LINII (Recenzja)

Autor: Karen Witemeyer 
data wydania:
liczba stron:
wydawnictwo:




"Serce na linii" autorstwa Karen Witemeyer to drugi tom cyklu "Kolonia Harper's Station". Jak już za pewne wiecie pierwszy bardzo mi się podobał, więc obok tej książki nie mogłam przejść obojętnie. 

Grace ze względu na pewne dramatyczne wydarzenia, których była naocznym świadkiem musiała opuścić swoje miejsce zamieszkania. Schronienie i pomoc otrzymała w Kolonii "Harper's Station" . W nowym miejscu odzyskuje życiową stabilizację i spełnienia się zawodowo jako telegrafistka. W wolnym czasie wykorzystuje urządzenie na którym pracuje, do korespondowania z tajemniczym Panem A. 
Pewnego dnia bolesna przeszłość postanawia o sobie przypomnieć. Szyfrowaną wiadomość, która dociera do Grace odczytuje również Pan A. 
Kobiecie grozi niebezpieczeństwo, i chociaż nigdy się nie spotkali uczyni wszystko żeby ją ochronić. Nie tracąc zbędnego czasu wyrusza w podróż. 

"Niezłomne serca", pierwszy tom cyklu to opowieść o walecznych i dzielnych kobietach okrutnie poturbowanych przez los. W kontynuacji poznajemy szerzej historię jednej z mieszkanek Kolonii. 
To, z czym przyszło zmierzyć się Grace jest bardzo trudne do opisania. Cały czas widzi przed oczami obraz zakrwawionego ojca leżącego na ulicy, ucieczka przed ludźmi, którzy potrafią bez żadnych skrupułów zabić niewinnego człowieka. Ciągły niepokój, strach, że uda im się ją odnaleźć. 
Grace na pierwszy rzut oka wydaje się być skrytą, cichą i nie wyróżniają się niczym osobą, ale tak naprawdę drzemie w niej ogromna siła i moc. Mimo bolesnych przeżyć stara się czerpać z życia jak najwięcej patrząc z optymizmem w przyszłość. 
Pan A., a dokładnie Amos Bledson należy do grona mężczyzn o przeciętnej urodzie. Przystojniakiem i amantem raczej nazwać go nie można. Jeździ na bicyklu, a wśród innych uważany jest za dziwaka. Czy ktoś taki może liczyć na powodzenie u kobiet? Raczej nie. Chyba, że znajdzie się wśród nich taka, dla której wygląd będzie miał zerowe znaczenie. Za to zwróci uwagę na poziom inteligencji, wewnętrzne piękno, sposób bycia. 
Amos jest człowiekiem posiadającym w sobie ogromne pokłady determinacji, jest konsekwentny w swoich działaniach. W trudnych momentach ujawnia się głęboko w nim skrywana dzikość, nieugiętość, siła walki. 
Grace i Amos stworzyli wyjątkowy duet, który podbił moje czytelnicze serce. Korespondowali ze sobą nie wiedząc kto tak naprawdę ukrywa się po drugiej stronie. W dzisiejszych czasach możemy coś takiego robić za pomocą SMS-ów, komunikatorów, czatów randkowych. W książce mamy do czynienia z telegrafem i wiadomościami w formie szyfrów.  Było to bardzo interesujące. 
Zresztą cała powieść taka jest. Od początku, do samego końca. Fantastyczna kreacja bohaterów to najmocniejszy element w tej historii. Mam tutaj na myśli nie tylko głównych, ale także tych pobocznych, którzy wnieśli dużo dobrego. Nie mogło zabraknąć czarnego charakteru, w osobie przystojnego agenta. 
Nuda? Tutaj czegoś takiego nie uświadczymy. Mamy za to ogrom różnego rodzaju wydarzeń, zwrotów akcji. Dzieje się tutaj aż nadto. Chwilami jest romantycznie, nostalgicznie, zabawnie. Bywają też momenty trudne, wręcz dramatyczne i brutalne. Kilka razy musiałam robić sobie przerwy w lekturze żeby ochłonąć, uspokoić nerwy. Szczególnie gdy czytałam o "poczynaniach" wspomnianego agenta. Przyznam się, że było ciężko. 
Jeśli chodzi o fabułę, wszystko jest tutaj uporządkowane, dopracowane u dopięte na ostatni guzik. Każdy wątek, motyw został przedstawiony z sensem, tworząc razem wspólną całość. Została nakreślona w taki sposób, że z trudem odrywałam się od lektury. O to właśnie chodzi w bardzo dobrze napisanych książkach. 
"Serce na linii" bez dwóch zdań do nich należy. Ja zostałam oczarowana dobrocią, miłością płynącą z kart powieści. Bezinteresowna pomoc, wsparcie w trudnych momentach, wrażliwość na krzywdę, zaufanie do drugiego człowieka, to wszystko zostało w niej zawarte i mocno chwyta za serce. 
Gdy tylko będę miała taką możliwość, na pewno sięgnę po inne pozycje autorstwa Karen Witemeyer. Zachęcam was do tego samego. 

POLECAM 
MOJA OCENA 8/10




 

czwartek, 8 stycznia 2026

CÓRKA POWIETRZA (Recenzja)








Autor: Dorota Gąsiorowska
data wydania: 25 września 2024
liczba stron: 585
wydawnictwo:









Jesi i ona. Kolejna powieść w dorobku literackim Doroty Gąsiorowskiej. "Córka powietrza" to drugi tom cyklu " Córki żywiołów".

Ava jest pisarką, ale chwilowo cierpi na tzw. twórczy zastój. Może tymczasowy pobyt w rodzinnym domu położonym tuż przy Puszczy Zielonej pomoże jej odzyskać chęci do pracy?
Początkowo nic na to nie wskazywało, ale tajemnicza przesyłka z rzeźbą zmieniła wszystko, a nawet i więcej.
Od tej chwili wokół Avy zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Wena nagle wróciła, odwiedza ją ważka którą prawdopodobnie widzi tylko ona, obok do opuszczonej chaty wprowadził się tajemniczy mężczyzna. Na dodatek czuje, że rodzice coś przed nią ukrywają.Trochę tego dużo jak na jedną osobę.
Ava stawia sobie za zadanie odnaleźć nadawcę oryginalnej przesyłki od której tak naprawdę wszystko się zaczęło. W trakcie prowadzonego przez siebie śledztwa poznaje twórczość Juliette Lemoin, francuskiej pisarki.
Dorota Gąsiorowka znowu to zrobiła. Po raz kolejny uwiodła mnie swoją historią, dzięki której chociaż na chwilę mogłam oderwać się od ciężkiej, szarej rzeczywistości. 
Miejsca, do których zawitałam w trakcie lektury zachwycają wyjątkowym pięknem i nastrojowością. W pewnym momencie poczułam się tak jakbym czytała baśń, a nie kolejną "obyczajówkę". Oczywiście odpowiedzialne są za to mistrzowskie opisy. Dorota za pomocą słów maluje obrazy. Aż chce się wziąć do ręki pędzel, oo otworzyć pudełko z farbami i przelać to wszystko na płótno. Kurpiowskie krajobrazy, magiczny las, Paryż jeszcze bez tego całego blichtru. Artystyczne dusze mają w czym wybierać. 
Opisy opisami, ale głównym budulcem całej tej opowieści są bohaterowie, a raczej bohaterki. Jedną z nich jest Ava, na temat której już co nieco zostało przeze mnie napisane. 
Drugą z nich jest młodziutka Lalie. Dziewczynka posiada w sobie wyjątkowe zamiłowanie do natury. Swój wolny czas spędza na leśnych polanach w towarzystwie swojej ulubionej przyjaciółki. W ukryciu tworzy poezję.Niestety pewne wydarzenia zmuszają całą jej rodzinę do przeprowadzki i opuszczenia ukochanego Huelgoat.
Od tej chwili stajemy się obserwatorami jej życia. Jesteśmy świadkami jak z nastolatki przemienia się w silną, mądrą, dojrzałą i pełną pasji kobietę. 
Dzięki tej postaci czytelnik ma okazję odbyć fascynującą podróż w czasie. Dorota Gąsiorowka już nas do tego przyzwyczaiła, że potrafi świetnie łączyć teraźniejszość z przeszłością.
Gdybym miała wybierać, która część bardziej przypadła mi do gustu, to zdecydowanie mój głos powędrował by do Laili. Zaciekawiła mnie historia tej jakże dzielnej dziewczyny, a po drugie znacznie więcej się w niej działo. 
Odnośnie wątków, tematów i problematyki jaka pojawia się na kartach powieści, to jest tego sporo. Moją szczególną uwagę przykuł motyw rodzinnych tajemnic, który jak się okazuje dotyczył obu bohaterek. Boimy się szczerze rozmawiać, wolimy dusić w sobie wszystko przez długie lata. Nie bierzemy pod uwagę, że w ten sposób możemy zranić, skrzywdzić bliską nas osobę. Potem nagle prawda wychodzi na jaw, i wtedy reakcja drugiej strony może być niestety różna. 
W książce pojawia się także kobieca przyjaźń, która posiada w sobie wielką moc, miłość, zdrada, tęsknota i ból po stracie. Jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. 

Całość czyta się płynnie, sprawnie z dużą dozą przyjemności, a jest to prawie sześćsetstronicowy grubasek. Nie przepadam za fantastyką, ale tutaj w moim odczuciu jest jej tak w sam raz. Nie za dużo, nie za mało. Jedynie do czego mogę się przyczepić, to do kilku literówek, które troszkę obniżyły moją ocenę. Jeśli lubicie sięgać po książki na granicy jawy i snów to ta pozycja jest właśnie dla was. Jest to także świetna propozycja na spędzenie długich jesiennych wieczorów w towarzystwie wciągającej lektury. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10



CZARNE WZGÓRZA (Recenzja)

Autor: Nora Roberts 
data wydania: 1 stycznia 2019
liczba stron: 496
wydawnictwo: Świat Książki 









Naszła mnie ostatnio ochota na coś Nory Roberts. Postanowiłam w tym celu odwiedzić bibliotekę i udało się. "Czarne wzgórza" to kolejna powieść tej autorki, z którą miałam okazję się zapoznać. 

Coop po dziesięcioletnim pobycie w Nowym Yorku wraca na farmę żeby pomoc dziadkom. To właśnie tutaj, gdy był dzieckiem poznał Lil. To nie była zwykła znajomość, to było coś wyjątkowego. Zakochali się w sobie, ale niestety z różnych przyczyn ich związek nie przetrwał próby czasu.
Gdy po latach dochodzi do spotkania, oboje są już dorośli. Lil stała się obrończynią zwierząt i spełniła swoje marzenie prowadząc własny rezerwat, natomiast Coop z policjanta przebranżowił się w detektywa. 
To, co do siebie kiedyś czuli traktują jako przeszłość, i nie chcą tego rozpamiętywać. Czyżby na pewno?
Nieoczekiwanie na terenie rezerwatu po raz kolejny zostają znalezione ludzkie zwłoki, ale tym razem sprawa wygląda na znacznie poważniejszą, bo ten ktoś zagraża także Lil.

"Czarne wzgórza" to powieść dość pokaźnych rozmiarów, czcionka w wydaniu, z którym miałam do czynienia nie była zbyt duża. Coś takiego może lekko zniechęcić do lektury, jednak nie w moim przypadku. Ja przepadłam moi drodzy.
W książce zastosowany został podział na trzy części. W pierwszej jesteśmy świadkami rodzącej się przyjaźni miedzy Lil i Coop'em. Dziecięcej, niewinnej i zarazem bardzo mocnej. To nic, że ona wychowuje się na wsi, a on jest mieszczuchem z Nowego Jorku. Nie zwracali żadnej uwagi na tego typu różnice, za to połączyła ich ze sobą wspólna pasja do basbolu.
Super, że Nora nie potraktowała tego wątku jakoś tak po macoszemu, tylko poświęciła mu więcej czasu. Pełni tutaj rolę fajnego wstępu do całej tej historii.
Druga dotyczy młodzieńczego uczucia. Pierwsze pocałunki, szalejące hormony, motyle w brzuchu. W trzeciej mamy do czynienia z teraźniejszością i problemami jakie niesie ze sobą życie. 
Mocnym punktem tej powieści są wykreowani przez autorkę bohaterowie. Lil i Coop, są to postacie bardzo wyraziste, charakterne, z ciekawą osobowością. Słowne utarczki, którymi się częstowali, obojgu podnosiły ciśnienie. Coop za wszelką cenę pragną odzyskać swoją byłą dziewczynę. Jej upartość, duma, utracone zaufanie znacznie mu to utrudniało.
Informacje o kolejnych zbrodniach, i znakach, że ten ktoś czyha akurat na Lil zbliżyła ich do siebie. Dla Coopa zapewnienie bezpieczeństwa stało się priorytetem, był wstanie oddać życie za kobietę, którą pokochał gdy był jeszcze dzieckiem. 
Lil nie da się nie lubić. Jest piękna, mądra, wykształcona. Ma swoje zdanie, lubi tupnąć nogą i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Obdarzyła miłością i troską dzikie zwierzęta tworząc dla nich miejsce, gdzie mogą otrzymać specjalistyczną pomoc. Wzajemnie sobie zaufali, zresztą zwierzęta mają instynkt i potrafią wyczuć dobro w człowieku. Nora ukazała to w piękny sposób. Chce nam również przekazać, że tego typu praca z pewnością do łatwych nie należy. Lil w każdej sytuacji może liczyć na pomoc rodziców, przyjaciół, pracowników, a przede wszystkim Coopa. Nie jest w tym sama. 
Nora Roberts umie w opisy. Czając tę książkę wyobraźnia działa na najwyższych obrotach. Klimat, cała ta otoczka, dzikość terenów Dakoty Południowej robią wrażenie i jeszcze bardziej zachęcają do lektury. Konne przejażdżki po leśnych ścieżkach, wschody i zachodu słońca. Magia w czystej postaci. 

Może zakończenie jest przewidywalne, i szybko można się domyśleć kto zabijał, ale i tak całość czyta się bardzo dobrze. Ja jestem na tak. Jeśli lubisz połączenie romansu z wątkiem kryminalnym, to jest to idealna propozycja dla ciebie. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10






















SPUŚCIZNA (Recenzja)

 

Autor: Nora Roberts 
data wydania: 25 września 2024
liczba stron: 608
wydawnictwo:




Życie Sonyi raczej do nudnych nie należy, bo dzieje się w nim aż nadto. Począwszy od zdrady, której dopuścił się jej przyszły mąż, po drodze nastąpiło przymusowe zwolnienie z pracy, kończąc na tajemniczym spadku. 

To co usłyszała z ust adwokata mocno ją zaskoczyło. Okazało się, że jej ojciec miał brata, o którym nie miała pojęcia. I to właśnie ona stała się jego spadkobierczynią. Wiktoriańska posiadłość na wybrzeżu Maine będzie prawnie należeć do niej pod jednym warunkiem: musi zamieszkać w niej na co najmniej 3 lata.
W sumie po tym wszystkim co ją spotkało zmiana otoczenia dobrze jej zrobi, więc decyduje się na przeprowadzkę. Może przy okazji dowie się czegoś na temat braci rozdzielonych zaraz po porodzie?Będąc już na miejscu przekonuje się, że nie będzie jedyną lokatorką w posiadłości...
Nora Roberts to jedna z najbardziej znanych pisarek jeśli chodzi o powieści dla kobiet. Umiejętnie łączy w swoich historiach różne gatunki literackie, a jej znakiem rozpoznawczym jest romans z dodatkiem kryminału. Jeśli chodzi o "Spuściznę" to w tym przypadku mamy do czynienia z trochę inną tematyką. Ja spotykam się z czymś takim poraz pierwszy jeśli chodzi o twórczość Nory. 
Opis fabuły mocno mnie zaintrygował, a szczególnie wzmianka o duchach. Nie jestem osobą strachliwą, nie wierzę w tego typu zjawiska, ale w trakcie lektury zagościł we mnie lekki niepokój. Były takie momenty, że rzeczywiście można było poczuć lęk i strach. 
Do tych wszystkich wydarzeń w posiadłości z taką jakąś dziwną obojętnością podeszła główna bohaterka. Gdzieś tam stukło, pukło, drzwi same się otwierały, łóżka latały, a ona nic sobie z tego nie robiła. W zupełnie inny sposób na coś takiego reagowała najlepsza przyjaciółka Sonyi, i Trey, nowo poznany prawnik. Ci oboje stworzyli duet dwóch wyrazistych postaci, których szybko obdarzyłam sympatią. W moim odczuciu stworzyliby ciekawy związek, ale Nora zdecydowała inaczej. Wątek romansowy jest jakiś taki nijaki, bez polotu i emocji. Popatrzyli na siebie, kilka razy się spotkali i już. Wszystko zadziało się w bardzo szybkim tempie. 
Czytanie tej historii szło mi całkiem dobrze, ale tak do połowy. Im dalej, coraz bardziej robiło się nudno Szczególnie drażniły mnie streszczenia wydarzeń. Opowiadanie tego samego innym osobom było bezsensowne i męczące. Do tego liczne opisy dotyczące pracy zawodowej Sonyi, które zepchnęły na drugi plan główny wątek dotyczący zjawisk paranormalnych. 
Bez wątpienia na plus zasługuje klimat stworzony przez autorkę. Jest tajemniczo, mrocznie, gotycko. Oczywiście nie mogło zabraknąć atmosfery małych miasteczek. 
Zakończenie wbiło mnie w fotel. Takiego obrotu spraw to ja się nie spodziewałam. 

Czytacie thrillery, powieści fantastyczne, lubicie się bać, nie czujecie lęku przed dziwnymi odgłosami to "Spuścizna" Nory Roberts jest dla was. Ja oczekiwałam po tej historii znacznie więcej, zabrakło mi w niej różnorakich emocji, iskry, która rozpali moją ciekawość i nie pozwoli oderwać się od lektury. 

POLECAM 
MOJA OCENA 7/10